Ajajaj! >> niedziela, 16 listopada 2008 12:13:57
Zwlekałam, zwlekałam... Wybaczcie.
Wredni krwiopijcy już chcieli mi zająć bloga mego!
A to tchórze, niewdzięcznicy, padlinożercy!
Halo!
Gabinet cieni żyje i ma się dobrze. Co do autorki, trudno stwierdzić jednogłośnie - choć wolę się nie wdawać w żadne dziwne dyskusje na temat mojego zrównoważenia emocjonalnego.
Tak.
Jest nieciekawie, zważywszy na to, że kolejnego rozdziału jest JEDNA linijka T.T
Przerwa. Ale wrócę.
Trochę czekolady, sir?
Przepraszam tych, którzy jeszcze pamiętają o gabinecie cieni.
komentarze [5]Rozdział VII - Nie wierzę już w powroty... >> niedziela, 31 sierpnia 2008 13:38:05
Nie wiem, co mnie naszło.
Cholerny ból głowy, może to będzie niezłym całkiem wytłumaczeniem?
niach niach niach
Przepraszam, że nie informuję, ale zabieram się do oglądania sagi Króla Lwa, do fabrykowania i studiowania zgryźliwych wypowiedzi House'a i do opisów Cortazara.
Przepraszam, to głupstwo:
To takie ludzkie, tak żywe w każdym momencie trwania chwil. Tyle ich było, tak wiele samotnych, niepewnych krążeń po domu, wertowania ukrytej biblioteki, nie uległe ułamki sekund, gdy spoglądał z rozczarowaniem i jakimś nagłym, intensywnym skurczem, na kominek, opętanie szukając wyrytych tam inicjałów. Jakie to było słodkie, dwóch chłopaczków, niby przyjaciół, przyjaciół na niby… To tak bolało, Ron. To tak boli.
Tłumaczył go czasem przed samym sobą, że może ten rudowłosy chłopaczyna rzeczywiście został wplątany w jakąś nierówną, szaloną grę, której zasady pozostawały nieugięte, a każda próba wprowadzenia poprawek wydawała się krokiem w przyszłość. Przyszłość, której nie zaznałbyś smaku. Pewna śmierć.
Głupota, każde jego słowo było paradoksem, kolejnym z kolei, niezrozumiałym zrozumieniem, masłem maślanym… Mógłby pisać pamiętniki, rzeczywiście i nie byłaby to kpina.
Udało mi się przeżyć – błagam, pomóżcie mi umrzeć…
Jak to jest, że ludzie na całym świecie – tym znanym i takim, o którym nie mamy pojęcia, gdyż zwykle boimy się jego istnienia – ludzie błagają o śmierć. I płaszczą się przed każdym, kto był/jest/będzie w stanie uratować ich od niechybnej zguby. No, może niekoniecznie
każdy, zgadzam się, zdarzają się nieobliczalne postawy – takie, których nie sposób generalizować. Dobrze.
Weźmy takiego Pottera. Jak bardzo ludzie go ubóstwiają, jakim stał się wspaniałym przykładem. Jesteś nam bogiem!
Weźmy go tak na środek, wepchnij go. Dobrze, dziękuję.
Przepraszam, a co pan z tego ma?
Coś nagle zadzwoniło w uszach. Cisza.
Dom to przecież nie jest jedno puste słowo – z suchych frazesów nie da się utworzyć schronienia, nie skonstruujesz sobie nimi Życia. Tak trudno przemykać się między zakurzonymi meblami, spoglądać na zniszczone fotografie, stary dywan… Tylko ten płomień, ten kominek nieco ogarnia przestrzeń, dodając tu smutku i uwalniając cierpienia.
Czasem naprawdę przezwyciężał strach – podchodził wtedy do okna, wyglądał na samotną, opuszczoną ulicę i utwierdzał się w przekonaniu, że ucieczka była zwycięstwem, a porażka punktem kulminacyjnym, wybuchem, nagłym zwrotem akcji. Co z tego, że nie zabił Voldemorta? Podobno już go nie było, Ron przecież nadal żył…
A jakie to ma znaczenie, tchórzu? Myślisz, że nie mógł wstąpić w szeregi Czarnego Pana, Władcy? Czy gdyby nadal był twoim przyjacielem, zostawiłby cię na boku, zupełnie samego? Tak. Ale nie ta odpowiedź jaśniała wtedy wśród ciemności myśli pobocznych.
Wspinając się powoli po stopniach, zastanawiał się nad koniecznością oglądania słońca. Czasem wpadało przez okna, uchylał je wtedy nieco, bojąc się stracić nad sobą kontrolę. Tak bardzo bał się normalności…
Nagle, coś kazało mu sięgnąć po różdżkę. Instynkt? Czasem się odzywał, czasem mówił, kazał, kpił… Westchnął cicho, cofając się niezgrabnie i zmierzając w kierunku salonu.
- Co zrobiłeś z tym cienkim patykiem, stary? – odezwał się nagle, nietypowo głośno. Coś chrapnęło mu w gardle, a oczy napełniły się łzami. To nie miało znaczenia, żaden ból już go nie otumani… Ale to echo. Ten dźwięk, gorszy od ciszy, jak sama cisza straszny. Coś jakby wymknięte spod kontroli, bez żadnych zahamowań, coś tak przerażającego… A on sam, pośród tych okolicznych wrzasków, zupełnie osaczony. Jego własny głos wprawiał w osłupienie podświadomość, która zwyczajnie nie pozwalała sobą pomiatać. Pomiatała tylko nim, forsując mosty, które spalił za sobą już bardzo dawno. Co do jednego.
Pamiętał kiedyś taką rozmowę. Próbowano jemu, introwertykowi wszech czasów, udowodnić, że jest niewolnikiem. Argumenty:
a) rzekoma zależność od czasu,
b) przestrzeni,
c) organizmu – siebie samego,
d) praw przyrody i najważniejsze – otoczenia. Ludzi. Pasożytów, krnąbrnych, zazdrosnych, niewyżytych... Echem.
Odwrót:
a) on ma to wszystko w dupie
b) punkt widzenia zależy od punktu siedzenia
c) to wszystko gówno prawda i zażalenia do świata starej, zgorzkniałej baby, która uważa się za kogoś lepszego, niż jest w rzeczywistości – niż kiedykolwiek mogłaby być.
To była jedyna tak dotkliwa w skutkach kłótnia syna z matką. Elizabeth uderzyła go wtedy w twarz, wiedząc, że wynikiem tego nie będzie tylko czerwony ślad na jego policzku. Utrata zaufania, wzajemnej więzi. Stracą więc życie.
Wnioski:
a) tylko człowiek, który zdaje sobie sprawę z własnego niewolnictwa, jest naprawdę wolny,
b) trzask drzwi symbolizuje uwolnienie emocji,
c) punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
Nie mógł zapukać do jego drzwi i powiedzieć
hej, to znów ja, porozmawiamy? Opowiesz o sobie tylko trochę, całe życie, każdy szczegół. Cholera, dlaczego nie może padać deszcz, walnąć gradem, czy chociaż niegroźnym, acz widowiskowym piorunem? Jaką miałby wspaniałą wymówkę, jeden malutki pretekst. Czego się jednak spodziewać od takiego nieba, pomyślał zniesmaczony, przyglądając się bezchmurnemu bezkresowi, pokrytemu nieogarnioną ilością migotających światełek. Ach, gwiazdy, gwiazdunie... Jakoś nie był romantykiem.
Stał tylko pod drzwiami
domu, z nudów opierając się o jego framugę. Jaki miał plan? Ach, przybiec, zdyszany, że zapomniał torebki. Tfu, parasola. Nie padało? Och, jego szczęśliwy długopis, na pewno gdzieś zostawił tu ten mały, wściekle bordowy przedmiot, był o tym zupełnie przekonany. Uśmiech proszę, Potter, wykaż jakąś inicjatywę, ty zakłamany buntowniku! Po prostu lubił mieć dobry humor nieswoim kosztem.
Naciskając klamkę, nie poczuł żadnego oporu, za to, gdy pchnął drzwi, okazało się, że są zablokowane. Nie żadnym zaklęciem, jakimś ciężkim przedmiotem. Gdy udało mu się je trochę uchylić – po wiązance nietuzinkowych epitetów – zmarszczył brwi, instynktownie sięgając do kieszeni. Długi, ciemnoczerwony patyk znalazł się w jego dłoni, oświetlając niewielką szparę, którą wywalczył. Skrzywił się nieznacznie, z niewiadomego powodu nie dziwiąc się widokowi bezwładnego ciała, które oświetliła różdżka.
Co za szopka, co za cyrk, gdzie tu można znaleźć małpę? Jednym zaklęciem usunął stamtąd nieprzytomnego (bądź nieżywego, co za różnica, do cholery) człowieka i wszedł do środka, starając się nie narobić hałasu. Złapał więc mosiężną klamkę delikatnie, z namaszczeniem niemal pchając ciężar drzwi do środka. Gdy zorientował się, że w ten sposób pomaga starym, zardzewiałym nawiasom odśpiewać swoją ulubioną, gorzką dla serca i niebezpieczną dla uszu arię, klnąc pod nosem, walnął w nie pięścią – w rezultacie dębowe drewno uderzyło z hukiem w ścianę.
- Rozczulające – szepnął, uśmiechając się w charakterystyczny dla sfrustrowanych dziennikarzy sposób. Zanim jednak wszedł do salonu, obejrzał się dookoła siebie kilka razy – coś nie dawało mu spokoju, nie pozwalało ot tak przejść przez próg, coś, do cholery, było nie tak! Co ominął? Ściany? Są. Różdżka? Jest. Notes? Ma. Nieżywy człowiek w przejściu? Na pewno ciągle tam jest. Potter? Ach! No proszę, jak prosta wyliczanka może pomóc ludziom bezradnym! Cudownie, doprawdy, ale przyjdzie pewnie czas, by zachwycać się urokami życia w zamknięciu. Każdy ma jakąś przyszłość.
Co więc może być nie w porządku, oprócz tego, że Potter znów zniknął? Nudna codzienność, marne życie.
Szeptem wypowiedział zaklęcie, które sprawiło, że różdżka zgasła, a ciemność pojawiła się nagle i wydawało się, że od zawsze mieszkała w jego umyśle. Stały bywalec jego ciężkich, niezrozumiałych snów. Noce zawsze są tak długie...
Nie o tym jednak miał myśleć, nie tym zaprzątać sobie głowę, myśli – musi być krystalicznie czysty, zrozumieć obecną sytuację.
Ten salon jakoś dziwnie na niego działał – dogasający, ponury kominek, nikłe światło, które wyłaniało z cienia ukryte w nim kształty – coś magicznego, niewytłumaczalnego kazało mu stąd wybiec. Idiotyczne omamy.
Rzucając pokojowi ostatnie, niepewne spojrzenie, postanowił odpuścić sobie przechadzkę po starym, zużytym dywanie, który dekorował podłogę i ruszył w stronę schodów. Wspinając się po nich powoli, zdał sobie sprawę z tego, że coś przejmuje nad nim kontrole – jakieś silne, nieznane uczucie zalewa go od środka falą zimna, która wywołuje ciągłe dreszcze. Strach? Parsknięcie wyjątkowo sarkastycznym śmiechem równało się wtedy samobójczym ciągotom – zważając na jego napięte do najśmielszych granic mięśnie twarzy i wybałuszone oczy.
Och, Bennet, Bennet, nigdy nie wydoroślejesz... W ostateczności uśmiechnął się nieznacznie i ruszył przed siebie żwawszym krokiem.
Nigdy nie podasz ręki samemu sobie – giniesz przecież z innej. Czasem aż przykro słuchać różnych wynurzeń na temat samoakceptacji własnych lęków, dziwnych przyzwyczajeń, niewytłumaczalnych odruchów.
Kładąc nogę na ostatnim stopniu, westchnął ciężko, jakby chcąc oczyścić się z wszędobylskich zmartwień i zatrważających myśli. Chciał być czysty, wchodząc tam, niczego nie żałować, złożyć śmierci prostą w warunkach propozycję, gest tak szczodry, że aż do niego nie pasował...
Do cholery, skąd te myśli? Wszystkie te korytarze przypuszczeń przemknęły przez jego umysł zaledwie w ułamku sekundy, sam zdążył jedynie stanąć na szczycie schodów i z dziwnie ciężkim sercem, ruszyć przed siebie.
Nim zdążył zastanowić się nad dziwnymi odgłosami dochodzącymi do niego gdzieś zza tych ścian, poczuł, że ktoś łapie go w pół i przykrywa spoconą dłonią usta.
Och, jak bezproblemowo zupełnie, można ludzi uciszyć Napastnik rozegrał to tak gwałtownie, że Nick upuścił gdzieś swoją różdżkę. Zupełnie jednak nie zwracał na to uwagi, wyrwał się i rozwścieczony spojrzał na człowieka stojącego przed nim. Jakaś specyficzna postawa, rozedrgana aura, coś niszczy tych zwykłych ludzi,
co to takiego?
- Ronuś? – szepnął Nick, opierając się niedbale o jakąś komodę, która stała samotnie pod ścianą. Zmarszczył brwi i choć wiedział, że mężczyzna nie może tego dostrzec, czuł, że zdaje on sobie sprawę z jego nastawienia.
Nastawienie bywa buntem w dwóch, zaledwie, możliwych odcieniach – słaby, niedostrzegalny lub aktywny, krzykliwy – oba równie okrutne Dopiął swego, Ron uchylił się pod jego słowami, jak po mocnym uderzeniu. Zabrzmiały mu w głowie dawne wspomnienia, parę niepotrzebnych chwil...
To tak bolało, Ron. To tak boli
Czym mógłby zmierzyć poziom owego cierpienia, jakie przysługują mu narzędzia? Naprawdę chciał udowodnić, że on sam nie jest bez serca!
To nie tak, Harry, pozwól przeprosić, pozwól sobie pomóc Tak wiele razy próbował się zbliżyć, zrekompensować, zasklepić dawno pęknięte już wrażenia i wysłać, kilka choć, łagodnych, subtelnych sygnałów. Wciąż czekał.
Błagam, Harry, nie każ mi cię teraz zostawiać, nie mogę, ty sam, ty sam nie masz prawa nam tego robić... Żadnego odzewu. Od osiemnastu lat, ciche, ponure pogłoski, kilka przelotnych spojrzeń – a kiedyś mówili, obiecywali – skoczyliby za sobą w ogień, przepaść, śmierć wzięliby dla siebie za przyjaciela.
Wyjdź.
Wyminął go z kamienną twarzą, jakby spojrzeniem każąc za sobą podążać. Nick westchnął teatralnie i wywrócił oczami. Wszystko to, by dezaprobata miała poparcie.
- Gdzie on jest? – zapytał, gdy przechodzili obok drzwi, pod którymi ostatnim razem rozmawiał z Potterem. Coś złapało go za serce, ścisnęło mu gardło. Ron nadal szedł przed nim, niewzruszony – a może głuchy?
Tak, z pewnością, do cholery, ogłuchł od tej ciszy bezlitosnej Ludzie, no! Litości! Co ma znaczyć to kierowanie się sentymentem do rzeczy minionych, do chwil przypadłych i nieistotnych sekund? Bez szans jest tu jakikolwiek racjonalizm, najwidoczniej dzisiejsi ludzie mają spore problemy z myśleniem, nie potrafią kalkulować. Żałosne.
Westchnął, przyspieszając kroku. Gdy zbliżył się do niego, pociągnął za rękę, stanęli naprzeciw siebie, zupełnie nadzy. Nadzy… Nick wybałuszył oczy, klepnął się po kieszeniach i z niedowierzaniem wrzasnął:
- Zgubiłem! – Ron szepnął coś cicho, a niemal w tym samym momencie, różdżka była już w dłoni dziennikarza, gotowa do negocjacji. Walka o życie brzmi tak patetycznie, że aż śmiesznie. Nie miał ochoty udowadniać sobie, że ma depresję, zaśmiewając się do łez z wyrafinowanych frazesów.
Westchnął, uspokojony, uśmiechając się łagodnie w jego stronę. Gdy rudowłosy, dorosły już, mężczyzna, opierał się o ścianę, Nick mógł go obejrzeć i zakwalifikować do uznawanych przez niego gierek charakterami.
Jakie ma przykre głębokie spojrzenie, studnie bezkresu Z pewnością nie spał kilka dni, być może szukał rozwiązania dla jakiegoś problemu, być może problemem był nawet on sam. Życie to przecież tylko słowo, a prawdziwa jazda zaczyna się, gdy upewniasz się w przekonaniu, że każdy moment ma znaczenie.
Gdyby tylko mógł cofnąć czas… Krótkie, lekko kręcone włosy, Ron miał nierówne i zniszczone, całkiem wyblakłe. To oczywiste, że ludzie w czasach Wielkich Rywalizacji nie dbają o siebie jak należy, ale żeby chociaż nie mógł się ogolić… Cóż. Łagodnie podkrążone oczy i zapadnięte policzki symulowały objawy nieznanej choroby, która wydawała się zżerać mężczyznę od środka. Czyżby ta śmierciodajna przyczyna miała imię?
Harry? Idealne dla druzgocących powikłań!
Brudne, wymiętoszone ubrania – choć nie czuło się od niego odoru stęchlizny, ani żadnego przykrego zapachu.
Kilka sekund, krzywych uśmiechów i nasz uroczy dziennikarzyna już wie – Ron jest umierający. Drodzy państwo, naszego pacjenta zabijają wspomnienia, wymarłe szczątki po Życiu. Jak to jest zapomnieć, że przychodzą dni i rano trzeba wstawać, bo słońce jest istotne? Zapomnieć, że znaczenie traci powoli gapienie się przed siebie bez celu, że ludzie potrzebują dobowych, bezgranicznych bohaterów… Biedny, opuszczony człowiek. Gdyby nie był sobą, może by i zapłakał nad losem tego nieszczęsnego altruisty.
Gdyby tylko nie był sobą…
- Gdzie on jest? – powtórzył pytanie, szurając nogami. Mógł zaobserwować zjawisko zatajania emocji – na moment twarz Rona zabłysła impulsem rzucenia się na niego z pięściami, by za chwilę zgasnąć, pozostawiając w sercu chłopaka rozgoryczenie dla zgorzkniałej duszy stojącego przed nim męczennika.
Och, przyjacielu...
- Nie wiem – odpowiedział, niecierpliwie przeczesując dłonią włosy. Proszę państwa, mamy przed sobą gest nad gestami – typowy dla nie zmęczonych herosów. Patrzył i widział, jak próbuje udać pewnego swoich racji, nieco otumanić przy tym siebie samego. Nick pokręcił z politowaniem głową – tak bardzo nie chciał okazywać litości, to pokarm zapuszczonych hipokrytów, ale co miał robić?
Płacz, ryk, krzyk, wrzask
- Och! – niemal krzyknął, udając łagodne rozczarowanie. – To oznacza, że panowie w maskach się tu wkręcili? – Ron spojrzał na niego zbolałym wzrokiem, jakby miał ochotę wypruć z siebie flaki, jako troskliwy tatuś, że coś złego dzieje się z jego synkiem.
Już od dawna, proszę pana. Te wszystkie lata…
- Nim tu wszedłeś, nie zdążyłem pójść do sypialni Syriusza… - szepnął mężczyzna, wymijając go szybkim krokiem. Zmierzał najprawdopodobniej do tego właśnie miejsca. Wspaniale. Teraz będzie prawdziwe starcie, istna walka dobra ze złem, ha! Choć dobro równie dobrze może nim nie być – kto przy zdrowych zmysłach nazwie dobrem intencje ludzi, którzy wzajemnie się opuszczali i zapominali o sobie, byle uprzedzić wrzaski katowanego sumienia?
Och, drobiazg…
Nim rudowłosy nacisnął klamkę, szturchnął Nicka, każąc mu wyciągnąć różdżkę. Zafrasowany dziennikarz chwycił w dłoń długi patyk, krzywiąc się przy tym nieznacznie.
Prawdziwa śmierć płynie zielonym strumieniem z kawałka drewna
Ron spojrzał na chłopaka pytająco, a gdy ten kiwnął głową, mężczyzna pchnął drzwi. Szykowali się – bowiem przezorni zawsze ubezpieczeni – na coś, co być może zwali ich z nóg, a jeśli nie, być może wytłumaczy zaistniałą, niejasną w szczegółach sytuację. Cóż.
Nie udało się, zabawa nadal trwa, akcja nabiera tempa, zaraz wszyscy staniemy w obliczu Oblicza
Pokój Syriusza był zupełnie pusty, jeśli nie licząc figlarnie tworzonych pajęczyn, całkiem brudnej lampy, przez którą światło przedzierało się z trudem i dawało odcień złudnie podobny do zgniłej pomarańczy. Niestety, Nick znudził się już tą pogonią za sławą stulecia, rozproszył na chwilę własne pragnienia o dowiedzeniu się, dlaczego ten człowiek uciekł przed życiem, jak można było z przerażenia ukryć się w ciemnych lochach tego zapadłego budynku, miast obserwować świat – świat cały i jedyny, który ocalił i cieszyć się z każdego następnego dnia. Ach, te niezrozumiałe zachcianki ludzi Wielkich-i-Gotowych-Na-Poświęcenia-Których-Nikt-Od-Nich-Nie-Wymaga.
Chłopak westchnął z udawanym smutkiem i nieco prawdziwszym rozczarowaniem i przyjrzał się Ronowi. Ten stał, niewzruszony, jakby się nad czymś zastanawiał – tak, jakby żadną przeszkodą nie był dla niego regał z książkami, stojąca za nim kilkudziesięciocentymetrowa ściana, jakby znał tajemne przejście, między rzeczywistą komplikacją, a wiecznym i przerażającym w skutkach… Jakby wiedział, do cholery, że to dopiero początek, ot.
Jonasz Kofta - Nie wierzę w powroty
Nie mówmy więcej o tym
Nie wierzę już w powroty
Że słowa, uśmiech, dotyk
Odzyskają smak
To już zagrany dramat
Ja jestem nie ta sama
Nie mogę dłużej kłamać
Na nic to się zda
Zbyt wiele dotąd nas łączyło
By został tylko popiół, sól
Ale to dawno nie jest miłość
Wyzwólmy się z fałszywych ról
Nie mówmy więcej o tym
Nie wierzę już w powroty
Że słowa, uśmiech, dotyk
Odzyskają smak
To tylko słowa, słowa
Że można znów od nowa,
Że można znów próbować
Z sobą razem być
Jak ty beze mnie, ja bez ciebie
Dziś o tym nie wie żadne z nas
Dziś najważniejsze znaleźć siebie
Każde do swoich pójdzie gwiazd
komentarze [7]Rozdział VI "Autobusy zapłakane deszczem". >> wtorek, 22 lipica 2008 14:54:48
Dziwnie.
Niekoniecznie.
Autobusy zapłakane deszczem...
Maria Peszek jest niesamowicie niesamowita. I ja wiem, że to jest oczywista oczywistość.
Od kilku minut maltretowała zupełnie niewinną serwetkę, którą jakiś sadysta pozostawił samej sobie. Wygięcia i niewinnie wystrzępione rogi, były wynikiem wewnętrznej walki, gdzie jej głównym przeciwnikiem była ona sama. Jak mogłam, jak mogłam tu przyjść, myślała, bezwiednie zawijając kanty chusteczki, dając tym samym upust swoim niezaspokojonym nerwom. Jak mogłam wygadać się przed własnym synem, jak mogłam stracić nad sobą kontrolę, zastanawiała się nadal, podczas gdy z pozoru ciche myśli, krzyczały i odbijały się echem w jej roztargnionym umyśle. Wciąż rozglądała się niepewnie. Jeśli ktoś ją śledził, jeśli ktoś tylko ją poznał…
Osiemnaście lat. Czy to wystarczyło by o niej zapomnieć?
Drzwi Dziurawego Kotła skrzypnęły przeraźliwie, zwiastując nadejście kolejnego gościa. Gdy dojrzała rudą czuprynę dyndającą beztrosko na głowie przybysza, poczuła, jak ciężar, który od dawna miażdżył jej serce, nieco zelżał. Szkoda tylko, że oddech miała nadal tak płytki.
Poznał ją od razu – niemal się nie zmieniła. Te same gładkie włosy, duże, choć nieco już wyblakłe, zmęczone czekoladowe oczy, tak łagodny uśmiech. Dosiadł się do jej stolika, marszcząc lekko brwi.
- Dlaczego się nie odzywałaś? – zapytał cicho, nachylając się w jej stronę. Spojrzała na niego zdziwiona.
- Myślałam, że wiesz. – Drżącymi dłońmi znów dopadła do wygniecionego materiału. Westchnęła cicho. – Louis powiadomił mnie o samobójczej akcji mojego syna. Przyjechałam, by go uświadomić, na co się porywa.
- Udało się?
- Nie – szepnęła, czując, jak jej oczy dziwnie wilgotnieją. – Powiedziałam o wiele za dużo. Nick zacznie węszyć.
- Węszyć? – powtórzył po niej, marszcząc brwi. Kiwnęła głową.
- Mówiłam o Harrym, Ron. Mówiłam tak, jakbyśmy ostatni raz widzieli się wczoraj. Nie mógł tego pominąć, Nick jest naprawdę dobrym obserwatorem. – Mężczyzna kiwnął głową w milczeniu.
- Wydawało mi się, że przede wszystkim, jest twoim synem – odezwał się po chwili, sięgając po szklankę whisky. Podniosła na niego pełne żalu, lekko wyblakłe ciągłymi zmartwieniami oczy.
- Jak możesz? Doskonale wiem, że jest moim synem! – krzyknęła, podnosząc się z miejsca. Rzuciła na blat stołu kilka galeonów i odwróciła się na pięcie. – Dowidzenia – burknęła przy wyjściu. Mężczyzna podniósł się gwałtownie. Co za kobieta, pomyślał wkurzony, wybiegając za nią.
- Hermiona! – wrzasnął, widząc, jak omija tłum ludzi i pędzi przed siebie, wpadając na przechodniów i potrącając ich niedbale. Był wrzesień, wczesna jesień – jej ulubiona pora roku. Westchnął, zmierzając w jej kierunku.
- Hermiona – szepnął, łapiąc ją za rękę i obracając w swoją stronę. Spojrzała na niego zapłakana.
- Jestem Elizabeth – wydukała, połykając łzy. – Zostaw mnie, jestem Elizabeth Bennet! – Podniosła głos, uderzając w niego pięściami. Przytulił ją mocno, głaszcząc powoli po włosach.
- Już, już – szeptał łagodnie, tuląc ją do siebie. Tak strasznie mu tego brakowało. – Wszystko będzie dobrze, Mionuś, proszę…
- Jestem Elizabeth, nie mów do mnie Mionuś – mruczała, wyrywając się. Trzymał ją mocno, tuląc do siebie jej włosy.
- Spokojnie…
- Błagam, Ron, jestem Elizabeth, Elizabeth Bennet – powtarzała uparcie, chlipiąc cicho. Pokiwał głową, uznając, że temat jest skończony. To zaszło za daleko, pomyślał, prowadząc ją w stronę ławki, którą od słońca chroniły rozłożyste gałęzie kasztana. Na ziemi leżały drobne, ciemnobrązowe owoce drzewa, które zaczęła zbierać. Zupełnie jak w Hogwarcie, pomyślał rozbawiony. Kiedy usiadła obok niego, zobaczył, że ma ich pełno – położyła je na kolanach i zaczęła się nimi bawić, zajmując czymś ręce.
- Pytaj – odezwała się cicho.
- Co zamierzasz? – powiedział po chwili, sięgając po kasztana i opierając się wygodniej. Musi to wiedzieć.
- Zastanawiam się nad koniecznością spotkania z Potterem – odpowiedziała, lawirując, nieco krzywymi palcami, między brązowymi kuleczkami. Powoli gotował się w niej nowy wybuch, musiała tylko znaleźć dobry pretekst – kolejny pretekst do płaczu. – Nie chcę go widzieć, zbyt bardzo mnie zranił, zostawił… - Mężczyzna zesztywniał.
- On zostawił ciebie? – przerwał jej nagle, poważniejąc. – To ty nas zostawiłaś, nie pamiętasz już? – Wpatrywała się w niego kilka chwil, usiłując coś powiedzieć, jakoś wydobyć z siebie głos, ułożyć słowa – szukała sensu.
- Nie zrozumiesz, Ron. – zadecydowała. – Tylko on wie, co mi zrobił. Opuścił…
- Ależ oczywiście, że nie zrozumiem! Jestem tylko jedynym łączącym was ogniwem, ale nie mam nic do powiedzenia, tak?! – Wpadł w szał, wykrzykując po kolei cały żal, który przygniótł go dawno temu. To nie mija bez echa. - Niczego nie rozumiem, mam rację? No pewnie! To ty zawsze byłaś ekspertką w sprawach, gdzie człowiek musiał błysnąć sprytem, zawziętością i chytrością! Poddaję się, to twoja działka. – Opadł z powrotem na swoje miejsce, pełen wewnętrznej rezygnacji, opadłych, niespełnionych emocji. Zwykła, ludzka głupota.
Patrzyła na niego wystraszona. To jej przyjaciel, to jej rudowłosy koleżka, to ten sam… Tylko tak skrzywdzony. Dotknęła łagodnie jego policzka, widząc, że nie może sobie z tym poradzić. Spojrzał na nią z rozpaczą w oczach.
- Dlaczego? – szepnął, sunąc dłonią po jej delikatnej szyi i marząc, by ta chwila nie miała końca. Przygryzła wargi, przyglądając się miłości, z jaką na nią patrzył.
- Och, Ron… - westchnęła. Więc to trwało? Zbliżył się do niej powoli, pocierając swoimi wargami o jej czoło, zaróżowione policzki, zadarty nos, brodę. Bez końca. Drżąca, odsunęła się od niego szybko.
- Ron, ja… - Nie pozwolił jej dokończyć, przytulając się do niej. Chciał w nią przeniknąć – chciał ją przeniknąć, stać się jej częścią. To było tak silne…
- Proszę – mruknęła, odsuwając się od niego. – Musimy ustalić, jak odwieść Nicka od tego idiotycznego pomysłu, jak wytłumaczyć temu dziennikarzynie, skąd tyle wiedziałam o Potterze. – Ron wpatrywał się w nią zamyślony. Ten ton… Skąd u niej taka interesowność, materializm? Kiedy stała się egoistką, i wreszcie – dlaczego on tego nie zauważył? Gdzieś mu umknęła, gdzieś uciekła – z większym skutkiem, niż wtedy.
Osiemnaście lat… Może zrobiła to impulsywnie, może był to wynik jakiegoś złośliwego, uporczywego wewnętrznego głosu? Nie można mu się sprzeciwić ot tak, nie można walić głową w ścianę. W mur przyzwyczajeń, pragnień, marzeń – nieposkromionych myśli, planów. Życie. Pewnie nawet nie myślała o tym, co się dzieje. Niech będzie i tak.
Ten poryw stanie się jej cieniem, wiecznym pragnieniem cofnięcia czasu, był tego pewien – choć pewnie już tak jest. Jaka była jej mina, gdy zobaczyła list z Hogwartu, jakim blaskiem lśniły jej oczy, gdy musiała tłumaczyć synkowi, że to nic złego, kłamać, że jej siostra również była czarownicą, ale teraz nie żyje, zmarła w wyniku jakiejś walki, nikt już nie pamięta okoliczności, jakie myśli krążyły jej po głowie, gdy wymigiwała się od odwożenia go na dworzec, jak długo potrafiła go oszukiwać?
Ten niegdyś nietaktowny i beztroski chłopak – dziś trzydziestopięcioletni mężczyzna, który zdaje się pokutować za wcześniejszą niedojrzałość, przyglądał się jej uparcie, podczas gdy ona mówiła coś bez końca i zastanawiał się, ile razy miała ochotę się zabić. Cofnąć się do momentu, w którym powiedziała tylko kilka słów, cichym, spokojnym głosem – choć widział już wtedy, że Harry wolałby, żeby rzuciła się na niego z pięściami.
To koniec, chłopcy. Nie umiem…
- Ron? – zapytała, potrząsając lekko jego dłonią. – Słuchasz mnie? – Głos Hermiony dochodził do niego jak przez ścianę. Z bardzo daleka, z odległej teraźniejszości – żył przecież wspomnieniami. Czymś, co nazywamy przeszłością, ale tylko pobieżnie zdajemy sobie mieć sprawę z tego, czym czas miniony jest naprawdę.
Widział, jak z jego twarzy znikają emocje, jak powoli osuwa się na ziemię, jak podnosi bez celu ręce, jak trze oczy i otwiera je na przemian – jak bezsensownie marzy o tym, by Hermina wyskoczyła zza rogu, z głupim uśmiechem i przyznała się do idiotycznego żartu. Wiedział, że tak się nie stanie, ale tak bardzo pragnął… Ron widział, jak Potter tak bardzo jej wtedy potrzebował. Była mu powietrzem.
A potem była już tylko rozmowa z Dumbledorem i walka stulecia. Ona też tam była, choć niewielu ją zapamiętało. Łatwiej było myśleć o niej, jak o tchórzu, który uciekł z pola bitwy – a ona została do końca, tracąc tam coś tak ważnego, coś tak jej… Już ich potem nie było. Zostawili tego roztargnionego rudzielca zupełnie samego. Tam było tylu ludzi, tylu ludzi… A on sam. Tak zupełnie sam. Na wieczność.
Osiemnaście lat.
- Słucham – burknął, przyglądając się, jak mały chłopczyk biega po stosach zeschniętych liści, śmiejąc się przy tym w niebogłosy. Gdyby tylko miał rude włosy, byłby tak bardzo mną, pomyślał nagle, czując, jak coś ściska mu serce.
- Rozmawiałeś z Potterem? – zadała rzeczowe pytanie, uparcie unikając jego wzroku.
- Tak, widziałem się z Harrym – odpowiedział, podkreślając wyraźnie ostatnie słowo, uśmiechając się przy tym krzywo. – Dumbledore doskonale to zaplanował, Harry powinien teraz włóczyć się po domu, szukając narzędzia, które mogłoby odebrać mu życie. – Hermina uśmiechnęła się lekko, uznając to za żart. Żenujący.
- Dobrze. – Pokiwała głową, myśląc intensywnie. – A widziałeś Nicka?
- Nie, ale podejrzewam, że bardzo podobny do tatusia? – spytał, z udawanym zamysłem. Potrząsnęła głową.
- Nieważne – zadecydowała. – Posłuchaj. Musisz jakoś wyprowadzić Pottera z Grimmuald Place, słyszałam, że interesują się tym terenem śmierciożercy?
- Niezmiennie od osiemnastu lat – odrzekł, wzdychając teatralnie. Miała go powoli dość.
- Jeśli dowiedzą się o Nicku… Nie uda się ukryć jego pochodzenia, nie wierzę w takie szczęście…
- W ogóle nie wierzysz w szczęście – przerwał jej, patrząc uparcie w jakiś punkt przed sobą. Zignorowała ten komentarz.
- Porozmawiam z Maddie i Louisem, udam, że chcę od nich wyjaśnień co do Harrego, później powiedzą Nickowi, że to oni mi o nim opowiedzieli, nie zorientuje się – głośno myślała, nie zważając na sarkastyczny wyraz twarzy Rona.
- Słyszysz? Musisz pomówić z Dumbledorem, on na pewno znajdzie na Pottera sposób. – Mężczyzna roześmiał się cicho, strasznym, zimnym śmiechem. Hermiona poczuła, jak dreszcze przeszły jej po plecach.
- Ronald! – Podniosła głos, przyglądając mu się, zupełnie go nie poznając. Potarł wierzchem dłoni o wytarte dżinsy, spoglądając gdzieś przed siebie.
- Dawno tak do mnie nie mówiłaś… - szepnął, marszcząc brwi.
- Dlaczego tak to wszystko odwlekasz? – odezwała się cicho, niemal wyłamując sobie przy tym palce. – Czy nie widzisz, jakie to dla mnie trudne? – Wstał, odwrócił się do niej plecami. Chyba coś szeptał, słyszała urywane słowa
Ron, ty idioto, jak możesz, nie rób tego… będziesz żałował… wybacz mi, Harry, nie umiem… Nagle znalazł się tuż przed nią, z zaskakująco rozbawioną miną.
- Wiesz, co? – zapytał, rozglądając się niedbale. – Sama porozmawiaj z Dumbledorem, lepiej się rozumiecie. – Gdy wybałuszyła z niedowierzaniem oczy, dodał jeszcze:
- No wiesz, te ciągłe plany, układanie komuś życia… Jesteście doskonali! – Chyba widziała jeszcze jego plecy. Tę samą, rosłą sylwetkę, nieco tylko teraz przygarbioną, wymiętoszoną, wystraszoną…
- Ron! – krzyknęła, biegnąc za nim w pośpiechu. – Ron! – powtarzała, czując jak po policzkach płyną jej łzy, drążą ścieżkę, po której dawno już zapomniały się poruszać.
- Błagam, nie możesz mi tego zrobić, wiesz doskonale, że ja nie istnieję, jestem Elizabeth Bennet, Ron, błagam… - Dopadła do niego, trzymając się kurczowo jego ramienia. Tyle chciała mu powiedzieć, o tyle potrafiła prosić… Spoglądał na nią, niewzruszony.
- Jesteś tą samą Hermioną Granger, tylko tak dziwnie stłamszoną, zaściankową… - szepnął, marszcząc brwi z politowaniem.
- Proszę, Ron, Nick nie może się dowiedzieć, że przez tyle lat kłamałam, Harry nie może dowiedzieć się o moim istnieniu, Ron, Ron, ja jestem Elizabeth Bennet, błagam… - wyła, potrząsając nim.
- Pozwól choć raz czasowi trwać… - odezwał się cicho, zachrypniętym głosem. – Odpuść. – Wyminął ją stanowczym krokiem. Wiedziała już wtedy, że go straciła, że już go nie będzie, że to odejście wcale nie jest pustym symbolem – to koniec. Kiedy ona się skończyła? To było tak dawno…
Osiemnaście lat.
Opadła na kolana, czując, że nie utrzyma ciężaru, który na nią spadł. Miała być tak silna, tak twarda… Nie uginać się, nie oglądać się za siebie! Co się stało z tymi postanowieniami?! Dlaczego już nie umie żyć po cichu, żyć, udając, że żyje – pielęgnując tylko swoje istnienie? Bo może znów jest Hermioną Granger? Hermiona Granger…
- Ron, błagam – szeptała, ocierając wilgotną twarz wierzchem dłoni. – Ron, nie zostawiaj mnie… - powtarzała, gładząc brudną sukienkę. Hermiona Granger nie pozwoliłaby sobie zniszczyć odwiecznych przyjaciół, tak istotnych…
- Hermiona Granger – powiedziała cicho, przez łzy. Zabrzmiało prawdziwie.
Czyżby
Elizabeth Bennet postanowiła zejść ze sceny, robiąc miejsce świeżej postaci, która tak długo już odpoczywała? Zbierała siły, przygotowywała się do starcia, marzyła o chwili, w której stanie na własnych
nogach, wyprostowana, tak samo dumna, pełna empatii – tak długo czekała…
Osiemnaście lat, pomyślała nagle, wstając z trudem i odchodząc w przeciwną stronę.
W
nową drogę.
Mary
Maria Peszek - Autobusy zapłakane deszczem.
Autobusy zapłakane deszczem
wożą ludzi od siebie do siebie
po błyszczącym, mokrym asfalcie
jak po czarnym, gwiaździstym niebie.
Od tygodnia leje w moim mieście
ścieka wilgoć po sercu i palcie.
Z autobusu spłakanego deszczem
liczę gwiazdy na mokrym asfalcie.
Do łezki łezka, aż będę niebieska
w smutnym kolorze blue.
Jak chłodny jedwab
w kolorze nieba
zaśpiewam kolor blue.
Autobusy zapłakane deszczem
jak ogromne polarne foki
wyszukują w deszczu swoje miejsce
wydmuchując pary obłoki.
Po zmęczonych grzbietach ich dreszcze
przelatują neonów błyski.
Autobusy zapłakane deszczem
mają takie sympatyczne pyski.
Do łezki łezka, aż będę niebieska
w smutnym kolorze blue.
Jak chłodny jedwab w kolorze nieba
zaśpiewam kolor blue.
A gdy padać przestanie w mym mieście
gdzie ze swoim smutkiem się umieszczę?
W autobusie zapłakanym deszczem
tam pojadę, gdzie pada wiecznie.
komentarze [10]Rozdział V, część II "jakie szczęście, że nie można tego dożyć" >> środa, 4 czerwca 2008 19:04:11
Wiecie, co?
Widzę pięć komentarzy pod rozdziałem, z opiniami ludzi na których znajomości mi zależy. To chyba to, czego naprawdę mi trzeba ^^.
Dzięki wam, dziewczyny, że jesteście.
A tak w ogóle, to czy któraś z Was potrafi wkleić na bloga własną muzykę? Tzn. z własnego folderu? Muszę mieć tu Nutiniego!
Proszę:
Gdy usłyszał cichą odpowiedź, pchnął dębowe drzwi i znalazł się w środku małego pomieszczenia. Kiwnął głową na powitanie i usiadł w fotelu, naprzeciw starszego mężczyzny. Człowiek ten westchnął cicho i spojrzał tęsknie na opakowanie „Kapryśnych Dropsów”, ale poczuł, że musi rozgryźć istotniejsze sprawy.
- I jak? – zapytał, opierając się wygodniej na oparciu krzesła, a wzrok jego świdrował - ciągle bezwiednie - pustą klatkę po feniksie. Ron kilka razy pokiwał smętnie głową. Nawet uśmiechnął się jakoś odrażająco.
- Super. Nie wiem, po co to zrobiłem, ale wyszło genialnie. – Wyglądał, jakby już na niczym mu nie zależało. Tak naprawdę - i było mu wszystko jedno. Straszny widok. Człowiek – kiedyś tak nieobliczalny – w pewnym momencie się ulatnia. Ginie. Parszywe życie. Niczego od niego nie chciał, jego wymagania jednak go przerastały – czuł, że w pewnym momencie się ugnie. I zrobił to. Tylko dlaczego Harry nic o tym nie wie? Dlaczego nie mogli załatwić tego uczciwie, podejść, wytłumaczyć, dostać po gębie, a później zniknąć?
- Doskonale zdajesz sobie sprawę, dlaczego to musiało się skończyć w ten sposób, Ron – rzekł po chwili Dumbledore tonem nie znoszącym sprzeciwu. Młody mężczyzna przyjrzał mu się dziwnie, po czym westchnął.
- Naprawdę? – Wstał, przechadzał się lekkim krokiem po skromnych wielkościach pomieszczeniu. Dumbledore obserwował go w milczeniu. – Jesteś tego pewien? – Zrobił niewielki obrót, po czym oparł się, tak od niechcenia, na blacie biurka. – Był moim najlepszym przyjacielem – szepnął. – Był mi bratem. – Dyrektor uśmiechnął się krzywo i złożył ręce.
- Z tego, co słyszałem, był ci tylko… - przerwał na chwilę, udając zamyślonego – ach, wiem już! – westchnął, uśmiechając się łagodnie, choć dobroć minęła oczy, zimne i niedostępne. – Człowiekiem, który ma jeden cel: chorą chęć bycia zagrożonym, prawda, Ron? – Młody mężczyzna poczuł, jakby dostał w twarz. Bardzo mocno. Patrzył otępiały. – Potter – wybawiciel, czy nie tym był dla ciebie? – Rudowłosy przyjrzał mu się przez chwilę, nie rozumiejąc ani słowa. Odszedł do tyłu parę kroków, aż plecami natknął się na drzwi.
- Jak pan może? – zapytał cicho, chowając twarz w dłoniach. – Dziś kazałeś mi to powtórzyć! – wrzasnął nagle, tupiąc nogą. – Słowo w słowo, wiesz jak się czułem? Wiesz, co on poczuł?! Znasz go tak dobrze, jak ci się wydaje?!
- To była czysta konieczność – rzekł twardo dyrektor, patrząc niewzruszenie, jak młodego mężczyznę stojącego przed nim, dopada zwykła, zupełnie rzeczywista bezsilność.
- Może pan tak uważa. – Podszedł do drzwi, otworzył je, ale nagle poczuł, że coś zmusza go, żeby się odwrócił. Jakby jakaś nieludzka siła złapała go za ramiona i ciągnęła w stronę biurka Albusa. Żałosne! Rzucił na niego Imperiusa?! Uśmiechnął się przebiegle i nie odwracał sylwetki, drżał na całym ciele, kolana się pod nim uginały, ale nie odwrócił się.
- To było ważne! Część planu! – krzyknął Dumbledore, stając obok niego. Stali tak kilka chwil, żaden z nich, nieświadom przepaści, która ich podzieliła. Już dawno temu.
Osiemnaście lat. Aż w końcu rudowłosy poczuł, że zaklęcie słabnie, a Dumbledore się oddala. Chyba nie było go już od wielu, wielu lat. Ale nie o tym wtedy myślał. Furia. Odwrócił się szybko i dopadł do biurka, opierając się mocno o jego blat.
- PLAN?! – ryknął mu do ucha. – Żaden twój plan nie wypalił! – krzyknął, po czym, już przy wyjściu, odwrócił się i szepnął. – Choć plan ratowania własnej skóry, skończył się powodzeniem. Gratuluję strategii, dyrektorze. – Uśmiechnął się sztucznie i zniknął.
- Jak idzie nasza walka? – zapytał odziany w ciemne szaty czarodziej, przechadzając się wolnym krokiem po zacnym zamczysku. Młody mężczyzna zmieszał się nieco, ruszył nieznacznie brwiami, próbując nadążyć ospałym spojrzeniem za lekkimi krokami
przełożonego. Jak idzie nasza walka? Zapytał sam siebie, naśladując w duchu wyniosły ton maszerującego przed nim idioty. Na Merlina! Jaka walka?! Te ostatki sił, którymi dysponują? Te zaszczute, wystraszone do granic możliwości, zmizerniałe szczątki, niegdyś strasznych i przerażających, dziś nieludzko śmiesznych śmierciożerców – to nie jest walka! Na litość, to przecież żałosne, że utrzymują się w przekonaniu na większe możliwości. Bo gdyby mogli zwerbować jeszcze tych, którzy zostali zesłani do Azkabanu – to są prawdziwe osobowości – Nott, Brown, Grabbin, Malfoy, a nawet ten zidiociały Froncwok!
- No! – krzyknął mężczyzna, przystając nagle. Spokojnie, spokojnie, to tylko kolejny idiota w jego załodze. Gdyby był tu Tom… Westchnął z lubością, widząc, jak chłopak, zdezorientowany, próbuje dociec sensu okrzyku.
- Walka… - warknął, krzywiąc się. Chłopak kiwnął głową.
- Podałem mu to, co chciałeś.
- Podsunąłeś zatem… - mruknął pod nosem blondyn, powracając do wcześniej przerwanej wędrówki. Więc życie jednak ma sens, pomyślał przez chwilę, krążąc po marmurowej podłodze, którą niegdyś jego ojciec splamił krwią wielu mugoli. Ale to było dawno
Osiemnaście lat, szepnęło skądś dławione powietrze.
Hogsmeade nocą, to naprawdę niezapomniany widok. Można rozkoszować się w każdym najmniejszym fragmentem krajobrazu wioski, które ciepłym blaskiem oświetlają zaczarowane latarnie. Jeśli masz ulubione miejsce – jest łatwiej, niezupełnie bowiem można odnaleźć się w tej zaczarowanej krainie. Bo tu aż kipi magią. Nie różdżek, zaklęć, ani czarodziejskich talentów – tu czujesz namacalną, nieludzką siłę przeistaczania. Jesteś innym człowiekiem, bo to miejsce jest inne. Zmienia twoją duszę. Ciekawe, czy ,moja może jeszcze się zmienić – po tylu przeróbkach… Zawsze chciałem być lepszy. Presja?
Notatnik, dziennik, czy pamiętnik – nigdy nie zastanawiał się nad dobrą nazwą tego przedmiotu, choć miał go zawsze przy sobie. Czasem myśli jest za dużo, nie można tak po prostu ich wykluczać – tu nie pomoże i myślodsiewnia.
Przewinął kartkę, wziął do ręki krótki ołówek i zapatrzył się w krajobraz, który roztaczał się przed nim. Ciekawe, jaki księżyc daje niezapomniany klimat…
Pierwsze spotkanie, które miało być początkiem naszej współpracy, nie wróży niczego dobrego. Żadnych pozytywów – czy to nie wspaniały materiał na biografię Harrego Pottera? Niekwestionowanego boga.
Uśmiechnął się pod nosem. A może i kwestionowanego? Przypomniał sobie rozdziały książek „Historia Hogwartu” i „Historia Magii”. I test z wiedzy o tym, jak pokonał ON Voldemorta. Czyli test o niczym. Zabili go i uciekł – nikt nie znał rzetelniejszych informacji, nie licząc oczywiście prawie trzydziestu osób, które widziały rozkładające się ciało Tomcia. PRAWIE trzydziestu, choć na ostateczną bitwę wyruszyli jako osiemdziesięcioosobowy skład – osiemdziesięciu na niemal dwustu. Ach, te wyrównane walki dobra ze złem…
Czy ciekawa jest struktura jego psychiki, mechanizm obronny? Ależ oczywiście, Potter to teraz jeden wielki mechanizm obronny. Legendarny, trzeba dodać. Tak z szacunku do osoby starszej.
Och, naprawdę nie był złośliwy!
Wiadomo wszem i wobec – tego szczegółu niestety nie udało się nikomu ukryć – że pan Potter zniknął bez śladu osiemnaście lat temu. Bez pożegnania – dla sprostowania. Jakiegokolwiek znaku życia nie dawał nigdy, odkąd postanowił uciec.
Choć, zastanawiam się nad poprawnością tego słowa. Nad jego sensem. Bo przed czym można uciekać zwyciężając największego czarnoksiężnika wszechczasów – samego Voldemorta? Czego można jeszcze się obawiać, wiedząc, że największe skupienie zła zostało pokonane, rozbrojone, dobro zwyciężyło – jakiego zakończenia tej ponad trzydziestoletniej walki Potter oczekiwał?
Może nie spodziewał się zakończenia w ogóle? Miał świadomość, że zginie, więc… Skupił się na tym, że ma umrzeć, pogodził się z tym, podświadomie zerwał kontakty ze wszystkimi bliskimi – i nagle co?
Ocalał. I jak tu żyć?
Wiem, że nie można mi go usprawiedliwiać.
Ani przywracać do żywych nie do końca ma prawo… Przecież w życiu publicznym Potter nie żyje. Opublikowano jego zgon, nie znaleziono jednak ciała. Więc może znajdą się ludzie wierzący w jego istnienie? Takich, którzy kategorycznie mu zaprzeczają nie brakuje, niestety. Westchnął cicho.
Ale pamiętajmy, że przyszło mu żyć, w fatalnych czasach.. Jeden okres gorszy od drugiego. Najpierw nie wierzyliśmy, że może umrzeć, teraz, że może żyć. Więc skąd u niego ta siła?
Może z życia, którego nie miał jeszcze okazji przeżyć?
Krzysztof Kamil Baczyński - Pożegnanie żałosnego strzelca
Do widzenia...
noc gwiazdami zaorana,
w piersiach naszych eksploduje pusty wieczór,
zbyt jest ciężko łzy przetapiać w męską szorstkość,
zbyt jest ciężko gorzkiej prawdy w ustach nie czuć.
Niebo w złocie zatopione pije ziemię
i zwichrzone, granatowe szarpie drzewa,
to zbyt trudno nigdy szczęścia swego nie mieć
i o szczęściu bohaterstwa swego śpiewać.
Tak daleko, droga ciężka i nabrzmiała,
od łez twardych poorana w długie bruzdy,
tak się idzie, łoskotami szyjąc próżnie,
po kamieniach mgłą opitych, bielą tłustych.
Zbyt daleko są okopy krwią rozpękłe,
myśl na drutach krwawi usta nieszczęśliwe
i bezradnie ciemne noce nawołują.
Zbyt jest trudno wrócić do was młodym, żywym,
zbyt jest trudno...
Jakie szczęście, że nie można tego dożyć,
kiedy pomnik ci wystawią, bohaterze,
i morderca na nagrobkach kwiaty złoży.
komentarze [13]Rozdział V, część I "Świat stworzony jest ze ścian, rosnących w górę" >> piątek, 23 maja 2008 20:08:37
Wiem, że tak się nie robi. Moja wina, kłaniam się w pas wszystkim Wam, pokrzywdzonym i tym mniej, po których spływa, czy dodaję tu coś, czy nie. Pierwsza część - co oznacza, że będą kolejne (jak mówią prawa logicznego mówienia, przynajmniej jeszcze jedna).
Mhm.
Siedzieli naprzeciw siebie w ciszy, ciemność zewsząd otulała ich drżące ciała. Była osłoną, nadawała anonimowości – w głębi duszy dziękowali wszystkiemu dookoła, że nie muszą patrzeć sobie w twarz. Od tylu lat się nie widzieli, tak długo nie mogli spojrzeć sobie w oczy, tyle chcieli się o sobie dowiedzieć. Każdy ma już swoje życie. Czyżby ich wspólne gdzieś przepadło?
- Louis będzie narażony, jeśli się dowiedzą, że jest moim synem – szepnął po chwili, przechadzając się ostrożnie po ogromnym, zapuszczonym salonie. Po podłodze walały się odłamki życia bohatera, szczątki tego, co można nazwać pozorami przetrwania. Jakie to wszystko żałosne, jakie to smutne, że musiał tak skończyć. Nic nie dostał od życia, a na koniec złośliwie zabrano mu to, na co sam zapracował. Własną krwią. Nie ma dobra i zła…
- Skąd mieliby wiedzieć? – syknął z głębi pokoju, opierając się niedbale o zimną, marmurową ścianę. – Skąd ty mogłeś wiedzieć?
- Od samego początku podejrzewałem – wydusił z siebie cicho. Jak miał mu teraz powiedzieć, że to wszystko było tak na niby, że on się tu ukrywał, a śmierciożercy grasowali jeszcze długo po jego zniknięciu? Zostawił ich, czy to oni go opuścili?
- Jak mogłeś? – Usłyszał rozdygotany, niepewny głos. Serce mu pękło. Coś naderwało się w nim już dawno, ale teraz odpadło, bo nie miał odwagi tu wrócić, bo nie umiał sobie wyobrazić tej rozmowy, bo uwierzył jej. Przysiadł na fotelu, zapatrzył się w ogień. Kiedyś było tak niebezpiecznie, przerażająco – a jednak byli jednością, okrucieństwo wroga ich spajało. Czyżby ta smętna, szara rzeczywistość, czyżby proza ich życia… Naprawdę mogli być tylko herosami? Co się stało z ich zwykłością, człowieczeństwem, przynależnością, do czegokolwiek. Człowiek sam na rozstaju dróg oznacza człowieka zagubionego, pozostawionego samemu sobie, człowieka-nieczłowieka, coś.
- Posłuchaj mnie – zaczął powoli, a myśli przesiewały się w jego głowie, bezcelowo. – To nie tak było, że nie umiałem, że nie chciałem, że… - Zacisnął szczęki. Czuł na sobie jego wzrok, wiedział, że od tej chwili zależy wszystko, że jeśli teraz coś im umknie, nie wróci nigdy, że oni sami nigdy już nie wrócą.
- Dlaczego zrobiłeś z tego taką szopkę? – warknął, podchodząc do niego szybko. Zamachnął się, odetchnął, szereg prawd z niego uleciał. – Dlaczego nie umiałeś nie robić zamieszania, żyć z osobami, wśród nich – podkreślił głośno - tych którzy cię kochają, którzy nie olali twoich chorych wybryków, tych którzy byli przy tobie zawsze?! Co cię, Potter, podkusiło, żeby uciekać z placu bitwy po pokonaniu największego wroga?! Zniknąłeś! – Jakaś nadludzka siła kazała mu cofnąć się kilka kroków. A oczy wbił w przestrzeń.
Przecież nie mógł tego powtórzyć, podobno ludzie uczą się na błędach! Ale… Co z nich za ludzie? Marne prototypy. Krzywe zwierciadło.
Cholerny, nadęty, zidiociały bufon! Tylko tak mógł wtedy go obrażać.
- Co najlepszego zrobiłeś? – szepnął, chowając twarz w dłonie. Stał gdzieś z boku, nie widząc już nikogo.
- Znów? – odezwał się ponownie, choć wiedział, że nie ma co liczyć na odpowiedź, na jakikolwiek znak, że go słucha, żadnego odzewu. Wstał.
- Zabiłeś ją. Wcześniej, niż on mógłby to zrobić.
- Voldemort tylko czeka, aż wyjdzie na jaw, że też mam serce, że mam przyjaciół, że mam kobietę, którą kocham!
- Mogłeś mieć – podkreślił szybko. Spojrzał na niego dziwnie. Pokręcił niepewnie głową. To nie tak miało wyglądać, miała zrozumieć…
- Voldemort nasz kochany, co prawda jest spryciarzem, ale wiesz na co on czeka, Harry? – Uśmiechał się przymilnie, omijając jego sylwetkę zimnym spojrzeniem. – Na to aż dasz się zwariować. Myślisz, że o co mu chodzi? Żebyś bał się żyć! – wrzasnął nagle. Zamachnął się i kopnął szafkę, zaraz obok nogi Harrego. Spojrzał na niego. Spokój, czy niedowierzanie widzę w twoich oczach, myślał niespokojnie.
- Nie wiesz nic, ja…
- Wolałaby umrzeć przy tobie, nie obok ciebie! To jest wojna, nikogo już nie oszczędzisz! – Złapał go mocno za ramiona, potrząsając nim gwałtownie.
- Zastanów się na tym, co stało się z Moodym, jak ucierpiał Lupin, Syriusz, moi rodzice! – krzyczał, patrząc z łapczywą chęcią mordu w oczach.
- Które z nich nie umarło będąc szczęśliwym? Tak w pełni? – wykrztusił z siebie cicho. Harry przyjrzał mu się z niedowierzaniem.
- Co ty w ogóle…
- Nie ma już ciebie, Potter! Jest tylko chora chęć bycia zagrożonym! – krzyknął, podchodząc do drzwi. Nagle poczuł, że łapie go za kark i obraca w swoją stronę.
- Powtórz to! – warknął. Wyjątkowo cicho, słabo, jakby prosząc żeby tego nie robił.
- Nie ma już Harrego, którego znałem. Został Potter – wybawiciel – niemal wypluł z siebie te oszczerstwa, kłamliwą prawdę. Trzasnął drzwiami. Zniknął również i on.
Coś pochłonęło tych dwóch chłopców, odwiecznych przyjaciół. Być może była to wojna, sposób w jaki ludzie traktowali sobie podobnych – przelotne spojrzenie, avada kedavra, jeden ruch różdżką… A podobno trzeba nienawidzić.
Stąpali po tak kruchym lodzie, że jedno słowo wystarczyłoby… Wystarczyło.
- Znów jestem dla ciebie tylko Potterem-wybawicielem? – Zapomniał już o tym, że nie rozumiał sensu słów „pokonanie wroga”. Są rzeczy ważne i ważniejsze, a o tych najważniejszych decyduje impuls.
- Zniknąłeś, nie odzywałeś się. Nie chciałeś, nie mogłeś?
- Sam powiedziałeś, że podejrzewałeś, że mieszkam tutaj! Nie chciałeś, nie mogłeś? – powtórzył po nim, mrużąc dziko oczy. Zieleń błysnęła groźnie z tych pięknych, soczystych tęczówek.
Rudowłosy mężczyzna podszedł do kominka, sunął dłonią po gzymsie, szukał wyrytych tam inicjałów. Znalazł. Więc czas nie jest żadną przeszkodą…
- Jestem dla ciebie Potterem-wybawicielem? Ironia losu – szepnął pod nosem. On jednak dalej krążył po pokoju, jak wtedy, choć teraz już ktoś powiedział mu, jak to się musi skończyć.
- Już od dawna jesteś dla mnie nikim – powiedział, dziwnie łagodnie, podchodząc do drzwi.
- Ron! – krzyknął, patrząc w miejsce, gdzie przed chwilą stał. Wstał nagle, upadł, podczołgał się do drzwi. Oparł o ich framugę. Więc naprawdę jest samotny. Nigdy sam, lecz zawsze samotny. To nie ma sensu.
- Och Potter, wybawicielu… - szepnął cicho, patrząc w ogień. Tlące się w nim płomyki już dogasały, żarzyły się jakoś inaczej, wypalały się. Trochę jak on. Nauczył się już nie żyć, tylko egzystować. Sam nie wie po co. Na początku miał przeczekać, później odczekać, wyczekać. Czekanie mu zbrzydło.
Zapłakał, choć płakać też już nie umiał.
Grimmuald Place 12. Podobno miejsca, które się kiedyś odwiedzało, pozostawiają w tobie jakiś wewnętrzny, niemal niedostrzegalny bodziec, punkt zaczepienia. Choć podobno musisz coś czuć, gdy w takowym miejscu przebywasz. Nieważne, nienawiść, czy miłość, litość, czy wzgardę, cierpienie, czy radość… Wystarczy, że ci serce pęknie.
To jak to, do cholery, jest, że on, stojąc tu, i w każdym innym miejscu na tej ulicy, będzie pamiętał każdy zaułek, źdźbło trawy, ten kamyk, tamtego paprocha tu nie było! – jakże może to czuć, nie będąc nigdy gościem tego budynku, ulicy, zaułku, źdźbła, kamyka, paprochu?!
Marne deja vu.
Nad ulicą unosił się dziwny pył – mgła? Skądinąd przypomniała mu o jego mamie. Skąd niby…
- Dziesięć, jedenaście, trzynaście… - liczył od dłuższej chwili, wyznaczając sobie rytm kroku. Nagle przystanął i cofnął się. – Jedenaście, trzynaście… - szepnął pod nosem. – Trzynaście! – Zamachnął różdżką, wypowiedział słowa ze zmiętego skrawka pergaminu, a budynek numer dwanaście pojawił się nagle przed nim, jakby wyrósł spod ziemi. Uśmiechnął się pod nosem, dziwnie przerażająco.
Zapukał.
Nie spodziewał się żadnego hucznego powitania, serpentyn, wiwatów, niezliczonych aplauzów… No, ale ile można? Nacisnął klamkę, a gdy nie poczuł oporu, pchnął lekko drzwi, zaskrzypiały przeraźliwie. Jakby nikt tu nie wchodził od bardzo dawna.
- Od osiemnastu lat – mruknął cicho i wypowiadając zaklęcie, oświecił różdżkę nikłym światłem. Czy on tu już nie był? Dziwne, nieokiełznane myśli wdarły się do jego świadomości – tutaj wisiał ten obraz, ale tej szafki tu nie było, jak zaraz skręci, to ujrzy… o właśnie, ten stolik. Nagle przystanął. Jak może to pamiętać? Przecież wspomnienia, to jedynie nasze przeżycia, to próba uchwycenia nieuchwyconego, marna reprodukcja własnych doznań. Skąd więc u niego to zachowanie, skąd się to wzięło? Przez chwilę wydawało mu się, że widzi coś w oddali, błysk światła? Prychnął cicho i ruszył przed siebie – stare domy mają to do siebie, że łatwo o przewidzenia. Dziwne. Przeszedł przez ogromny – jak mu się wydawało – salon, kuchnię, zajrzał nawet do spiżarni, ale nie znalazł tam nic godnego uwagi oprócz kilku fantazyjnie zapleśniałych konfitur. Gdy był na drugim piętrze i odwracał się, żeby zejść po schodach, nie mogąc odnaleźć Pottera, usłyszał za sobą niewyraźny bełkot:
- Nie będę celował w twoje plecy, odwróć się. – Zamarł z nogą opuszczoną na pierwszym stopniu i odwrócił się szybko. Jego głos nie nadawał się do mówienia, jakby nie robił tego od bardzo dawna.
Od osiemnastu lat? Nick zmarszczył brwi i stanął naprzeciw Pottera, przyglądając mu się dziwnie. Jednym ruchem ręki oświecił wszystkie świece w pomieszczeniu i naciągnął czapkę głębiej na oczy. Harry zmierzył go zimnym, przenikliwym spojrzeniem. Gdzie wyuczyłeś się tej sztuki, Potter?
- Kim jesteś? – szepnął, robiąc kilka kroków w jego stronę. Nagle rzucił się na niego i przygwoździł do ściany. Jednym szarpnięciem rozerwał rękaw koszuli i spojrzał na prawe przedramię przybysza. Gdy napotkał rozbawione spojrzenie Nicka, puścił go i przeczesał szybkim ruchem ręki gęstą czuprynę kruczoczarnych włosów.
- Kim więc? – mruknął, opierając się o ścianę, naprzeciw dziennikarza. Nick oparł się wygodnie o dębową szafkę, która stała zaraz za nim i udał zamyślonego. W końcu otrząsnął się i zmrużył oczy.
- Jakie to ma znaczenie, kiedy już tu wszedłem? – syknął nagle, patrząc uporczywie w idealną zieleń tęczówek swojego rozmówcy. Gdzieś już widział to spojrzenie… W lustrze?
- Jakie – ciągnął uporczywie – gdy rozmawiasz z kimś, być może pierwszy raz od tak dawna… Osiemnaście lat?
- Kim jesteś? – Ponowił pytanie, choć już łagodniej, z dziwnym błyskiem w oczach. Nick westchnął.
- Nick – odrzekł, oczekując jego reakcji. Prawie się uśmiechnął.
- Harry.
- Że co?! Ten Potter? Potter – wybawiciel?! – wrzasnął nagle, podchodząc do niego. – Niemożliwe! – mruknął, uśmiechając się krzywo. Potter przygarbił się nieco. Nick nie widział jego twarzy, ale poczuł, że coś się w nim zmieniło. Dziwnie nagle…
- Wyjdź. – Uniósł twarz, ale spojrzenie omijało jego sylwetkę. Nick nie rozumiał, nie mógł, nie chciał, nie umiał chcieć. Tak ma się to skończyć? Jego odrzuceniem? Nie pozwoli przecież…
- Tą różdżką zamordowałem Voldemorta, myślisz, że z tobą będą jakieś problemy? – syknął, podchodząc do niego i przykładając mu różdżkę do gardła. – Wynoś się! – wrzasnął mu do ucha, odwracając się nagle. Zniknął za zakrętem.
Więc… Miał wyjść – to jest, został wywalony na bruk. Bez wyjaśnienia, pożegnania, informacji, uścisku dłoni, bez zapewnienia, że nigdzie nie ucieknie i pozwoli jeszcze się odwiedzać. Po co? Sam nie wiedział. Zresztą, czy musi rezygnować? Przecież jest już w środku. Czemu miałby… Przechytrzył tych wszystkich bezmózgich śmierciożerców wałęsających się bezkarnie po opuszczonych zaułkach, nieczynnych lokalach, podupadłych hotelach. Spojrzał niepewnie przed siebie – tam zniknął. Tak zniknął. Tak uciekł – nie wiadomo, który to już raz. Miał to we krwi, może więc robił to mimowolnie? Może wcale nie chciał… Zrobił krok do przodu, niepewnie postawił nogę na zakurzonym dywanie. Ma prawo?
Westchnął cicho, zrobił ostrożny obrót i skierował się w stronę schodów. Zszedł powoli, nie pozwolił sobie zagłuszyć ciszy, tej niemej, niemal namacalnej samotności. To była właśnie jedyna ówczesna broń Pottera – otępiające poczucie samotności. Niezmierzona głębia. Przepaść.
- Ciekawe, czy potrafi jeszcze czuć? – zapytał cicho, a jego głos odbił się echem w tej bezdennej przestrzeni – wzbił się gdzieś w powietrze, a potem prysł. Przepadł. Czy tak ginie człowiek? Jeszcze nigdy nie był świadkiem śmierci – czy ludzie tak po prostu odchodzą?
Prawdopodobnie.
To przecież tylko etap, pewien sposób bycia – lub zaprzeczenie istnienia. Umarłeś? Skąd więc masz czelność stawiać ludziom świadectwo fałszywe, niepełne? Lepiej być nikim.
Gdy zamykał drzwi, coś nagle sobie przypomniał.
Wróci tu.
Jonasz Kofta - Cztery ściany świata
Przed ścianą dźwięku stoją głusi
Modlą się do muzyki
Kiedy nie pragniesz, kiedy musisz
Lepiej być nikim
Przed ścianą płaczu stoją błazny
Śmieszą ich cieni własnych podrygi
A śmiech ich pusty, śmiech ich straszny
Lepiej być nikim
Przed ścianą światła stoją ślepi
I patrzą bez zmrużenia powiek
O tym co świeci wiedzą lepiej
Niż zwykły człowiek
Pod ścianą straceń stoi heros
Patrzy oprawcom w oczy
Pali ostatni swój papieros
Na skraju nocy
Jest świat ze ścian
Rosnących w górę
W nim traci wartość słowo
Ja stoję przed zwyczajnym murem
I walę w niego głową
komentarze [4]Rozdział IV "Trudno patrzeć przed siebie dalekosiężnie, skoro każda sekunda jest dla nas nowością" >> wtorek, 25 marca 2008 11:37:26
Trochę to trwało, nie?
Dziękuję tym, którzy jeszcze pamiętają o gabinecie cieni.
Gdy wpadł do mieszkania, ona ciągle leżała na łóżku, choć teraz już w ramionach Eda. Szeptała mu coś do ucha, uśmiechając się przy tym smutno. Chrząknął, chcąc dać o sobie znać. Maddie natychmiast spojrzała na niego, poderwała się z łóżka i pognała w jego stronę.
- Jesteś! – pisnęła, rzucając mu się na szyję. Nick oczekiwał, że szepnie mu na ucho coś o tajemniczej kopercie, którą znalazł w kieszeni, ale milczała. Słyszał tylko, jak oddycha – spokojnie, bez nerwów.
- Przepraszam Ed, ale muszę z nią na chwilę porozmawiać na osobności – powiedział, starając się patrzeć w jego stronę przyjaznym wzrokiem.
- Jasne, stary. Ja będę się już zbierał. – Podszedł do drzwi i chciał ich wyminąć, ale Maddie złapała go za rękę.
- Nie – szepnęła, patrząc na niego z uśmiechem. – Zostań, poczekaj na nas. Zaraz skończymy.
Ed spojrzał na Nicka, ale ten tylko kiwnął głową, więc wycofał się i usiadł z powrotem na łóżku. Dziewczyna wyszła z pokoju, on za nią. Poszli do kuchni. Maddie usiadła przy stole, on naprzeciw niej. Wychylił się w jej stronę, wyjmując list. Dziewczyna przyglądała mu się ze zdziwieniem.
- Coś się stało? – Spojrzał na nią zdziwiony.
- Jak to? – zapytał, marszcząc brwi. – Więc to nie ty mi go podrzuciłaś? – Maddie wyrwała mu kopertę z ręki i przyjrzała się jej dokładnie.
- Skąd to masz? – zapytała groźnie. Chłopak wytrzeszczył na nią oczy.
- O co ci chodzi?
- Skąd masz list od Isaaca Bretwona, do cholery? – niemal krzyknęła, podnosząc się z miejsca. Nick wodził przerażonym spojrzeniem za każdym jej ruchem.
- Maddie, ja... – przerwała mu, siadając gwałtownie na krześle i odzywając się cicho:
- Och Nick, to nie zdemaskowany śmierciożerca, szef Departamentu Tajemnic!
- Co?! – wrzasnął nagle, biorąc kopertę w swoje ręce. Przeglądał ją z każdej strony, jakby miał zaraz dojrzeć Mroczny Znak widniejący na skrawku papieru.
- Jest odwiecznym wrogiem Dumbledorea, dyrektor kilka razy chciał go wysłać do Azkabanu, ale Treenstre mu na to nie pozwolił. – Nick był tak oszołomiony, że dziewczyna postanowiła mu wyjaśnić – Treenstre, wiesz, Minister Magii.
- Tak, tak – mruknął, przyglądając się z niedowierzaniem świstkowi, który nadal trzymał w rękach.
- Maddie... – odezwał się wreszcie - Ten list podrzucił mi Dumbledore. Nie wiem, może przypadkiem, ale wiesz, że ten człowiek nigdy w niczym się nie pomylił.
- A co tam takiego jest? – zapytała i Nick podał jej pergamin. Czytała fragmentami, gapiąc się bezmyślnie w co poniektóre linijki, zaciskając coraz bardziej usta. Widział, że wodzi wzrokiem w jednym miejscu wiele razy i porusza bezgłośnie ustami, formując jedno słowo:
-
Poległ... – Gdy skończyła, złożyła starannie kartkę i podała mu ją. Jej twarz nie wyrażała nic, jakby nie pozwalała sobie na żadne emocje.
- Wiesz, uspokoiłaś mnie – powiedział po chwili, uśmiechając się nieznacznie. – Myślałem, że to ty mi to dałaś. Że gdzieś to znalazłaś i pomyślałem, że ci, którzy to napisali – ruchem głowy wskazał na pergamin – dowiedzieli się, że spotykasz się ze mną, węszącym dziennikarzyną i zabili ci ojca. – Uśmiechnął się jakby przepraszająco, spuszczając głowę. Maddie roześmiała się cicho.
- Nie, tata zmarł na zawał. – Jej dziwne spojrzenie nie dawało mu spokoju. „Zabili mi ojca...”. Znów musiał sobie coś ubzdurać? Litości!
- Maddie, ja nie wiem co powinienem teraz zrobić... – szepnął cicho, szukając jej wzroku. W końcu spojrzała na niego.
- Chcesz się spotkać z Potterem, prawda? – zapytała, akcentując każdy wyraz tak wyraźnie, jakby miała do czynienia z kimś, kto może mieć problem ze zrozumieniem jej słów. Zmarszczył brwi.
- A co to ma do rzeczy? – Westchnęła cicho, patrząc na niego ze współczuciem. Aż dziw bierze, że nie rozpłakała się nad jego naiwnością.
- Nie wiem, Nick, ale podejrzewam, że wszystko co ma związek z Harrym, dotyczy również ciebie – powiedziała powoli, hamując wybuch gniewu. – Myślę, że to może ci utrudnić to twoje małe śledztwo, możesz wpakować się w kłopoty. Nie wiadomo, do czego dążą ci ludzie, którzy byli na tyle podli, by... – urwała, spoglądając na żółtą kopertę, która leżała między nimi na stole. Jakby miała nagle roześmiać się w głos, rozerwać potargany pyszczek i zaskrzeczeć straszliwym śmiechem – pokazać, na co stać skorumpowanych typów z Ministerstwa. Co do tego, czy jest ono w to zamieszane, nie było wątpliwości. Od początku byli tego pewni, a co więcej – na kopercie widniała jego pieczęć. W końcu schowała twarz w dłoniach i przetarła szybkim ruchem zmęczone oczy.
- Musisz porozmawiać z Dumbledorem i zorientować się co do pochodzenia... On coś ukrywa – szepnęła nagle zaspanym głosem, drapiąc się bezcelowo po głowie. Dla Nicka zabrzmiało to jak odkrycie, dla niej – jak oczywistość.
- To musiała być pomyłka – ciągnęła dalej, powstrzymując ziewnięcie – albo chwyt, który miał symulować niedopatrzenie. Nie widzę w tym niczyjej winy – raczej ukryty cel. Trudno mi uwierzyć, że to miałby być on... Nie, nie wierzę w to. – Zaśmiała się ponuro, oglądając ze znudzeniem paznokcie. Chłopak przyglądał się jej zachowaniu i dopiero teraz do niego dotarło, że Maddie straciła dziś ojca. Jak zaraz nie ryknie, parsknie, albo nie zacznie wyć – to on nie zna się na quidditchu. Zmrużył oczy, czekając na moment kulminacyjny.
- Ale przecież Potter miał nas uratować, tak? Miał nas uratować i niby nawet to zrobił, ale w ogóle do tego nie doszedł, nie miał możliwości zrozumienia i dopatrzenia własnej niewinności. Wpadł jak śliwka w kompot, prosto w szpony lustracyjnych nieudaczników! – Wykonała manewr dłońmi, zaciskając palce między siebie i uśmiechając się przy tym głupkowato. Nick wstał i podszedł do niej.
Wybuchła płaczem.
Przeproś, że nie rozumiesz znaczenia śmierci, nędzny sobowtórze ludzkich słabości. Skąd miałbyś wiedzieć? Padnij na kolana, wiedz, że nic nie pomogą własne chęci. Pragnienia?! Litości, nie mam na to siły. Życie to nie tylko maniakalne wręcz, szukanie cieni.
Rozproszyć ciemność.
Niech to nie będzie koniec. Znajdź w nich początek.
Początek? Dla czego? Kogo?
Samej sobie jesteś winna. Nie łudź się. Powstań.
Matka stała gdzieś z boku, nie patrzyła na córkę – przysięgła ignorować. Kawałek lodu, który cicho postukiwał, imitował serce. Szczęście, że niewielu nabrała.
Odejdziesz kiedyś? Zostanie tylko ciemna plama? Nie chcę pamiętać...
Przecież wiesz, że to nie minie. Nie pomijaj, tylko żyj.
Dla czego? Kogo?
Szum wiatru szeptał w powietrzu tajemnice, ukazywał drogowskazy. To tak, jakby stanął obok niej i powiedział, że zostanie na zawsze. Nie musiała się odwracać, by widzieć, że stoi zaraz za nią. Zaraz przed. Obok. Był tu.
Nie rozglądaj się. Najważniejsze jest przy tobie.
Nie rozglądała się więcej. Odszukała ręką jego dłoń i słuchała w milczeniu słów pastora.
Chciała uciec.
Pobiegnę za tobą.
Niewielu nabrało się na tę jego starość. Czas uświadomić im, że ma swoje lata.
Czy jednak on sam to pojmuje?
Halo, wie pan o czym mowa?
Wolał sięgnąć po dropsa, niż zastanawiać się nad sensem i rezultatami prowadzonego śledztwa przez Nicka. A może lepiej: młodego Pottera?
Gdyby nie to, że nie widział Harrego od osiemnastu lat, mogłoby się wydawać, że ten młody człowiek ma właśnie iść na spotkanie z Voldemortem.
Ma je wygrać… Wygrać?
- No właśnie, jak to było, Fafkesie? – rzucił w przestrzeń, przyzwyczajony do tego, że ptak jest na swoim miejscu. Nie, nie. Ktoś ci go odebrał, kto to był?
Voldemort.
Ktoś zapanował nad twoim umysłem, ktoś zniewolił twoją wolę.
Podupadłeś.
Przez kogo?
Pana V.
Dlaczego hodowałeś tylu na bezlitosne spotkanie ze śmiercią, co w ciebie
wstąpiło?
Voldemort.
Niezupełnie, niezupełnie, nie całkiem. Nie całkowicie, połowicie, w ćwiartce ćwiartki, dziesiątej części setnej. Marność, marność i wszystko, do cholery, marność.
Przyjechała wczoraj.
- Louis do mnie dzwonił, mówił, że chcesz się spotkać z Potterem – wyszeptała, gdy tylko znalazła się w progu mieszkania Maddie. Zimnym spojrzeniem, utkwionym w jej niepewnym uśmiechu odpowiadał na kolejne pytania: czy wiesz co ci grozi? Zastanawiałeś się, jak do niego dotrzeć? Zniknął na osiemnaście lat, nie znajdziesz go ot tak, wędrując po wiosce i wchodząc do pierwszej lepszej chaty! Nick, proszę cię, narażasz się na coś, czego przecież nie możesz zrozumieć… Błagam Cię Nick, nie okłamuj samego siebie, to nie takie proste…
- Pójdę na spacer, mamo – Trzask drzwi uświadomił jej, że wcale nie zamknęła się znów w swoim świecie. Zwołał ją tu ten skończony tchórz. Wspaniale.
Przecież to wcale nie takie trudne, zapomnieć. Wiedziała już wtedy, że przypomni jej o przeszłości. Ale ona już nie umie. To nie jej życie. Tak długo upadała, że nie może teraz tak po prostu powstać. Nie może żyć…
Trzy miotły. Przyjemny zgrzyt drzwi, gdy tylko próbował je otworzyć. Trochę tak, jakby opierały się temu, co wymyślił. Nie ma dobra i zła, jest tylko władza i potęga, zabrzęczało mu na chwilę w głowie. Skąd on to znał? Potrząsnął nieznacznie głową, uwalniając się od męczących myśli. Dość już. Wcale nie zwariował.
- Cześć – powiedział, siadając do stolika. Ed spojrzał na niego z zapałem w oczach. Maddie westchnęła ostentacyjnie. Tak bardzo mu współczuła…
- Posłuchaj stary, ten cały Isaac jest przedstawicielem Departamentu Tajemnic. Wiem to, bo też tam pracuję, jestem początkującym asystentem od spraw Nadużyć Praw Magicznych…
- Ach, tak już ci się powodzi? Genialnie! - niemal krzyknął. Ed uśmiechnął się niepewnie.
- Dumbledore oskarżał tego kolesia o związki z Voldemortem - mówił cicho, co chwila spoglądając na Nicka i Maddie. Dziewczyna miała oczy pełne łez. - W gruncie rzeczy, był wzorowym pracownikiem, więc ówczesny Minister Knot, nie uznał nadużyć Bretwona. - Odchylił się na krześle i przetarł oczy. - Jak dla mnie, próbowali w ten sposób pokazać, że nie mają ze sobą nic wspólnego. No wiesz, obrońca i uciśniony - nie mogło być możliwości, że razem coś knują, nie?
- Dzięki, Ed - wymamrotał po chwili ciszy Nick. Podał mu rękę i uśmiechnął się tajemniczo. Chciałby już stąd wyjść...
- Dumbledore mi wszystko wytłumaczył, Nick, po prostu nie umiesz już nad sobą panować. Gdybym ci powiedziała, gdzie pracuje Ed, od razu byś się na niego rzucił, a ci ludzie są naprawdę niebezpieczni! – krzyknęła nagle, podbiegając do niego. Rozwścieczony, rozejrzał się dookoła. Zacisnął szczęki i ze złością opadł na oparcie krzesła. Ed, oszołomiony przyglądał się ich niemej wymianie słów, nie wiedział jak zareagować. Nick roześmiał się na chwilę i utkwił w niej oszalałe spojrzenie.
- Są niebezpieczni, tak? Reaktywacja śmierciożerców? W co oni się bawią, Maddie? Na pewno wiesz, na pewno kochany dyrektor wszystko ci wytłumaczył, z pewnością nie będziesz mieć żadnych problemów z rozszyfrowaniem jego wskazówek. Doskonale. –Wstał, wyciągnął z kieszeni świstek papieru i rzucił go na stół.
- Co to jest? – zapytała, wskazując na kartkę. Chłopak uśmiechnął się krzywo.
- Adres Pottera. – Dziewczyna w milczeniu rozwinęła zmięty skrawek i przyglądała mu się przez chwilę.
- Przecież Grimmuald Place zburzyli zaraz po wygranej Harrego, on już nie istnieje, Nick… - szeptała, próbując go powstrzymać.
- Ta wiadomość została rozpowszechniona pomiędzy tymi, którzy mieli w nią uwierzyć. Prawda, Ed? – dodał cicho. On pokiwał w milczeniu głową.
- Dzięki, stary – szepnął, klepiąc go po ramieniu i odwróciwszy się na pięcie, wyszedł z lokalu.
- Nie wierzę – szepnęła cicho. – Pomogłeś mu to zdobyć? Czy wiesz, że śmierciożercy ciągle szukają Pottera, a wiadomość o tym, że Nick węszy się rozeszła? – Wstała i już miała odejść, gdy odwróciła się jeszcze i szepnęła:
- Mam nadzieję, że poradzisz sobie ze swoim sumieniem, gdy będzie już za późno. – Odprowadził ją spojrzeniem, którego przekazu sam nie umiał już zrozumieć. Powinność, to powinność.
komentarze [14]Rozdział III "Muszę, chcę być szalony..." >> piątek, 1 lutego 2008 15:16:06
Kurczę, czasem rzeczywiście przesadzam. Zrobiła się z tego kryminalna powiastka, pozdrawiam wszystkich miłośników przemocy!
Ekchem.
Jak niewiele potrzeba, żeby zasiać w człowieku ziarnko niepewności. Wiadomo wszem i wobec, że ziarnko do ziarnka, ziarnko do ziarnka... Zupełnie nieświadome swojej potęgi, powolutku – być może nie chcąc nikogo urazić lub, że z premedytacją, złośliwie, przybierają w ilości, nie dają się zgubić... – przybywają, zatapiają wcześniejsze postanowienia, nie pozwalają na racjonalizm. Och, nie, nie dajmy ponieść się zupełnej i jakże beztroskiej sielance, w końcu żaden z nas nie jest sadownikiem. Ale to takie ujmujące, że rośnie coś, co w ogóle nie ma prawa istnieć. Jakby przeczyło wszelkim prawom. (Ziarnko do ziarnka, ziarnko do...) A i owszem.
Weszła niemal niezauważalnie – cicho i bezszelestnie. W pokoju nie paliła się żadna lampa, ani jedna świeca. Słowem – nieprzenikniony mrok. Ze znaną każdemu (kto znał tę barwną przedstawicielkę płci pięknej, rzecz jasna) zaciętością parła do przodu, nie zwracając uwagi na tak marne przeszkody jak stołek, porozrzucane książki, komoda, biurko, a w końcu nawet marmurowy blat stołu – co to dla niej!
Jedynym celem, który rozjaśniał jej przemęczony umysł, było dojście do łóżka (dosłowniej: sen).
Gdzie ona jest, tu powinno stać jej łoże, do cholery?! Zgrzytnęła ze złością zębami i jednym machnięciem różdżki zapaliła wszystkie świece, które znajdowały się w komnacie. KRZYKNĘŁA. Tak, tak – KRZYKNĘŁA (wielki format dla wielkiej treści, powinno być to jasne i zrozumiałe).
Biedny chłopaczyna natychmiast wybudził się z lekkiego snu i spadł z łóżka, tłukąc sobie boleśnie ramię. Kolejno: zaplątał się w kołdrę, zaklął siarczyście, gdy przygniótł sobie rękę, zaplątał swe nieszczęsne kończyny w jakąś szmatę (która była jego koszulką), aż w końcu wstał, zasłaniając lękliwie prześcieradłem swoje nagie ciało.
Maddie już nie krzyczała. Nie, nic z tych rzeczy. Stała z wybałuszonymi oczami i zastanawiała się, kiedy zdołała usnąć i cóż to za dziwaczny sen ją męczy. Myślała tak, dopóki nie ujrzała twarzy obcego (jak do tej pory) mężczyzny. Gdy bowiem dojrzała i skojarzyła go ze swoimi wspomnieniami, jej reakcja była nie mniej dziwna – ryknęła śmiechem. Tak głośnym i dziwnie zabawnym, że Nick sam się uśmiechnął, choć z pewną rezerwą (kłamstwo, ze wstydem). Opatulił się szczelnie i podszedł do swojej dawnej przyjaciółki, z którą kontakt urwał mu się niecały rok temu.
- Maddie? – zapytał, uroczo się przy tym czerwieniąc. Bezradna w całej swojej wesołości dziewczyna pokiwała głową i próbowała coś powiedzieć, ale opętańczy chichot jej na to nie pozwolił. Chwilę później podniosła rękę, na znak, że za chwilę sobie z tym poradzi, przycisnęła rękę do piersi, zaskomlała jeszcze parę razy i odetchnęła z ulgą – napad głupawki minął.
Prześlicznie się zarumieniłaś, pomyślał zauroczony, przyglądając jej się pożądliwie. Ona jednak nic sobie z tego nie robiła, przycisnęła otwarte dłonie do policzków, by zasłonić rumieńce. W końcu jednak oprzytomniała i rzuciła się w ramiona Nickowi – tak dawno się nie widzieli. Chłopak przylgnął do niej całym swoim ciałem, jakby nigdy już nie chciał jej wypuścić. Była to najpiękniejsza scena, w której obydwoje brali udział – przyciśnięci do siebie, w półmroku pomieszczenia, dysząc ciężko – oboje zmęczeni swoimi wcześniejszymi reakcjami. On, w samym prześcieradle, ona w białej szacie, która była jej codziennym, regulaminowym uniformem. Oboje również myśleli o tym samym – nigdy nie przestawać. Mogliby wniknąć jeden w drugiego, przeistoczyć się, stać się tym, kim zawsze chcieli być.
Pierwsza ocknęła się Maddie. Usiadła na łóżku i pociągnęła za sobą oszołomionego jej bliskością Nicka. Wpatrywali się w siebie przez chwilę – pożerali nawzajem własne detale, nie bardzo rozumiejąc, czemu to ma służyć.
- Jak ci się powiodło? – zapytała cicho. Wiedziała, że chciał pisać do gazety, tej najlepszej. Znała również jego upór i talent, czyż on nie wygląda na człowieka sukcesu? Musiało mu się udać.
- Niemal natychmiast zmienił spojrzenie – stało się bardziej nieprzeniknione, niemal nieczułe. Jego postawa jakby nabrała kształtu – wyprężył sylwetkę, nie udając, że to go nie obchodzi.
- Mnie się udało – rzekł. Ot tak, po prostu. – Piszę do „Większych od Merlina”. Mhm... – westchnął rozmarzony, patrząc gdzieś przed siebie. – Ach, no i mieszkam z Louisem. – uznał, że powinna wiedzieć.
- No tak, jakże mogłoby być inaczej! – parsknęła śmiechem, przypominając sobie szkolne czasy. Byli nierozłączni, jak mogliby bez siebie żyć? Louis z zapędem do gotowania, Nick do jedzenia. Poza tym, obydwoje bystrzy, mili, ale również niebywale ruchliwi, pakujący się w kłopoty i robiący różne kawały. Nie mogło być inaczej, wiedzieli o tym obydwoje.
Chłopak w odpowiedzi uśmiechnął się niewyraźnie.
- Otworzył ostatnio restaurację, na Pokątnej. Na pewno ucieszyłbyś się, gdybyś wpadła. – spojrzała na niego dziwnie. Tuż przed rozwiązaniem szkoły, pożarli się o jakąś błahostkę. Była oczywiście jedynie pretekstem, od dawna coś jej przeszkadzało w Lousie, jako w człowieku i przyjacielu jej najlepszego przyjaciela. Kiedyś byli nierozłączni – teraz ciężko jest jej wyobrazić sobie ich wspólną rozmowę.
- Pomyślę o tym – mruknęła cicho, nie zdając sobie nawet sprawy, że będzie zmuszona odwiedzić to miejsce. Nick pokiwał smętnie głową.
- A co z Edem? – zapytał, unikając jej wzroku. Przez ostatni rok, Ed i Maddie byli parą – najpopularniejszym symbolem miłości w całej placówce. Zupełnie niepotrzebnie – żadne z nich nic do siebie nie czuło. Już nawet nie pamięta, czemu ze sobą byli – chyba jakiś zakład. On, najpopularniejszy chłopak w szkole, uwodził swoją urodą i niezależnością. Ona, najmądrzejsza i najzuchwalsza dziewczyna, przyciągała uwagę wielu chłopców. Dziwne, jak można być naiwnym, gdy dorasta się wokół rówieśników (ziarnko do ziarnka...).
- Jest aurorem, pamiętasz jak zawsze o tym opowiadał? – odpowiedziała, pocierając dłońmi o zdrętwiałe kolano, którym zawadziła o kant łóżka. – Nie jesteśmy razem, jeśli o to ci chodzi. – dobrze, że nie widziała wyrazu jego twarzy, och dziękujemy ci, mroku! – No. Ale kontaktujemy się ze sobą, nadal jesteśmy przyjaciółmi.
Po chwili rozmowa potoczyła się na zupełnie inne tematy, nie próżnowali wcale, opowiadając o własnych pragnieniach i przeżyciach. Opowiadali to, co każde z nich słyszało już wiele razy, a mimo to, musieli się wysłuchać. Nawzajem, poczuć się przynależnymi, potrzebnymi. Jakie to ciekawe, że żadne z nich nie zadało prostego i niemal oczywistego pytania: „skąd się tu wziąłeś do cholery?”.
Dziwne, jak czasem cała niepewność może zniknąć (
wykorzenić wszystkie ziarna).
- Czy to nie zastanawiające, że szuka go chłopak, który urodził się niemal dziewięć miesięcy po tym, jak nasz wspaniały zniknął? Czy to nie jest nieco dziwne?! – wrzasnął, uśmiechając się krzywo. Po chwili podszedł do Minerwy i zamachał rękami w okolicy jej podbrzusza małpując, że głaszcze jej dziewięciomiesięczny dobytek.
McGonagall prychnęła ze złością.
- Miej trochę przyzwoitości, Severusie! Wiemy, co chcesz nam powiedzieć! – zmrużyła oczy, przyglądając się groźnie jego wygłupom. Wzruszył ramionami i rzucił się na fotel, omal go nie wyłamując. Pijany, pomyślała wicedyrektorka, kręcąc bezradnie głową.
- Albusie, chyba nie wierzysz, że Hermiona mogłaby się odseparować od nas tak po prostu! – ryknęła nagle, rozdymając wąskie nozdrza. – Nie mogła zniknąć, nie dając znaku życia, odgrodzić się od nas grubymi nićmi! Zmienić nazwisko, urodzić syna, zerwać z magią?! Nie mówiąc nikomu, a szczególnie Harremu? – Dumbledore milczał. Zbierał myśli, albo po prostu nie wiedział, co w takiej sytuacji powiedzieć. Może chciał im dać im się wykazać, niech mówią, on to później podsumuje. Ale to by było bardziej logiczne...
Snape podniósł się powoli z krzesła i podszedł do McGonagall, stojącej pod oknem.
- Nie możesz w to uwierzyć tylko dlatego, że była twoją najlepszą uczennicą i nigdy by cię nie zostawiła? Że była ułożoną, rozsądną dziewczyną? Myślisz, że nie mogła pozwolić sobie na życie wedle własnych praw, marzeń i upodobań?! – Głos stawał się coraz donośniejszy. Echo wypowiedzianych słów, świdrowało Minerwie w głowie. Awantura wisi w powietrzu, pomyślał rozbawiony dyrektor, opierając się wygodniej o krzesło.
- Wiesz co to znaczy, wedle praw?! – krzyknęła, obracając się w jego kierunku gwałtownie. – To znaczy: według pewnych norm! Ogólnie przyjętych zasad, a jak ona się zachowała, uciekając?! Wiemy, że nie była tchórzem!
- Nawet nie zauważyłaś, kiedy mi uwierzyłaś – syknął do jej ucha, głaszcząc jej szyję własnym oddechem. – Jeśli nie potrafiła żyć z tym, co się stało, co innego mogła zrobić, jeśli nie odseparować się od wcześniej znanego społeczeństwa? Nie potrzebowała wtedy ciągłych upomnień, że musi robić to tak i tak, że tutaj popełnia błąd, powinna coś zmienić. Głównym problemem jest jej zaciętość i – jak mi się wydaje – kłótnia z Potterem.
- Mówisz tak, jakbyś znał tę sytuację doskonale!
- Skądś wiem, jak to jest, kiedy wszyscy mówią, że całe życie masz do dupy, ale nie mówią co z nim zrobić, żeby było lepiej – warknął zgryźliwie, krzywo się przy tym uśmiechając. Minerwa chciała się odezwać, ale nie pozwolił na to. – Tak samo byłoby w tej sytuacji, zakładając, że nie powiedziałaby o co chodzi. – kobieta zachwiała się lekko, podeszła wolnym krokiem do fotela i usiadła na nim ciężko.
- Ale... Ale jak to? – rzuciła w przestrzeń, jakby nie oczekiwała żadnej odpowiedzi.
- To musiało być coś strasznego – odrzekł cicho Albus, opierając łokcie na stole i chowając twarz w dłoniach.
Jak to łatwo zasiać w człowieku niepewność (
ziarnko, ziarnko, ziarnko...).
Nie zauważyli, kiedy usnęli. No tak, to oczywiście zupełnie zrozumiałe, że pominęli tak mało znaczący szczególik. Nie chodzi przecież nawet o sposób, w jaki ze sobą rozmawiali – zachowywali dystans. Ale to, jak przeszywający wzrok sunął po ich ciałach, zupełnie niekontrolowany, prowadzony na pokuszenie...
Pierwsza obudziła się ona. Doznała uczucia lekkiego szoku, gdy spostrzegła, że tuli się do jego nagiej piersi (w trakcie rozmowy wyszedł do łazienki i założył bokserki). Natychmiast od niego odskoczyła, myśląc przy tym, że nigdy nie da mu powodów, by myślał o niej inaczej, niż jak o swojej przyjaciółce. Nie można przecież narażać na szwank jej niezależności, nieprawdaż? (należałoby się jeszcze nieznacznie uśmiechnąć, ale jakieś ukłucie nie pozwoliło jej na to).
Powoli, żeby nie zbudzić chłopaka, wstała i rozejrzała się nieprzytomnie po pokoju. Poszukiwała oczywiście swojego budzika (żółtego, przyjemnego cacka, które udało jej się kupić na targu staroci), który podczas wczorajszej przeprawy przez ciemne pomieszczenie gdzieś się zapodział. Jako zupełnie niewyspana osoba – a do tego mugolka z domu – schyliła się powoli i zajrzała pod łóżko.
- Mam cię, ty wredoto! – szepnęła, ziewając przy tym przeciągle. Położyła się płasko na drewnianej podłodze (przez którą niemal nie zbankrutowała) i wyciągnęła rękę, rozpaczliwie rozciągając ją dalej i dalej. Męczyła się tak parę chwil, gdy nagle ujrzała twarz Nicka, wyglądającą zza pościeli.
- Co robisz? – zapytał niewyraźnie, przyglądając jej się z rozbawieniem.
- Nie widzisz, kochaneczku? – sapnęła, rozciągając biedną kończynę jeszcze bardziej. – Poszukuję uciekiniera. – pytające spojrzenie chłopaka nie dawało jej spokoju. – Budzika, miernoto!
- Pierwszy go złapię! – roześmiał się, mrużąc chciwie oczy. Parsknęła.
- Chyba śnisz! – Dziwne żółte – jakby tego było mało! – stworzenie nie dało się złapać od tak. Zaaklimatyzowało się dokładnie pośrodku, nie dając im niemal żadnych szans, jako że łóżko Maddie było dość szerokie. Nick jednak naprężył się i pochwycił przedmiot, wydając przy tym okrzyk tryumfu. Zła dziewczyna szybko podniosła się z ziemi i podbiegła do chłopaka, marszcząc brwi.
- Nick... – mruknęła wdzięcznie, wyciągając w jego kierunku rękę. Uśmiechnął się przebiegle, chowając budzik za plecami.
- A co za niego dostanę? – tupnęła gniewnie nogą i prychnęła z pogardą, przyglądając się jego zadowolonej buźce, wywołując tym u niego atak śmiechu. Nagle rzuciła się na niego i objęła, chcąc wyrwać z ręki urządzenie. Osłupiały chłopak, zwalił się na łóżko, przygnieciony przez Maddie. Ich twarze dzieliło kilka – zaledwie! – centymetrów. Oddychali nerwowo, przyglądając się sobie tępo, nie wiedzieli jak się zachować. Nagle dziewczyna roześmiała się i zamachała mu przedmiotem przed oczami. Zeskoczyła z niego i uciekła z pokoju, pozostawiając otępiałego dziennikarza na łóżku, w samych bokserkach.
To nie tak, że miała ochotę parsknąć śmiechem, napluć w twarz, znieważyć, upodlić, zlekceważyć... To nie tak, że zapomniała o wszystkim, czego ją nauczył. Nie, wręcz przeciwnie. Pamięć miała doskonałą. Niemal nieskazitelną.
Nie tak to jest przecież, że kiedy masz ochotę zabić, to jesteś mordercą. Jest taki okres w życiu, gdy nie zdajemy sobie sprawy z własnego ubóstwa. Gdy myśli – niekoniecznie zaraz obłąkańcze, ale te, których nie poddaje się żadnym kryteriom, niweczą doczesny dobytek. Jest tak, że padasz na twarz, błagasz – choć sama nie wiesz kogo. Nie wiesz o co, bo nie pojmujesz co się z tobą dzieje. Nie widzisz nikogo, jest tylko twoja zraniona dusza.
- Coś się stało? – zapytał, odkładając kromkę z dżemem na porcelanowy talerzyk. Patrzyła nieobecnym wzrokiem przed siebie już niebezpiecznie długo.
- Zabili mi ojca – powiedziała cicho, chowając powiadomienie o zgonie i dacie pogrzebu do żółtej koperty. Jej wzrok minął jego sylwetkę – machinalnie, nie zarejestrował jego obecności. Rodzice nie odzywali się do niej od ośmiu lat. I nagle, nagle... Matka wysłała jej list. Jakby pisała do zupełnie obcej osoby „ Zmarł wczoraj. Pogrzeb odbędzie się jutro”.
Najdziwniejsze było to, że ona odebrała to jak obca osoba –nie potrafiła sobie przypomnieć nawet, czy ją to poruszyło. Poczuła tylko jak Nick podchodzi do niej i mocno ją przytula – a ona szlochała, nie płacząc. Wyła, wyrzucając z siebie wszystkie brudy, którymi faszerował ją ten człowiek, rzekomo jej ojciec. Ani jednej łzy. Wreszcie poczuła chorą satysfakcję, że nie zmusił jej do płaczu. Nie tym razem.
Nie mógł zostawić jej samej w takim stanie, mimo że upierała się, że nic jej nie jest. Zadzwonił po Eda. Och, czy to nie tłumaczy wszystkiego?! Ten jego nienaganny uśmiech, idealnie dobrane ubrania, a wszystko tak, jakby nigdy niczym się nie przejmował. Czy ten człowiek nie jest zachwycający?! Myślał z przekąsem Nick, prowadząc swojego dawnego przyjaciela do sypialni Maddie. Siedziała na łóżku, opatulona pościelą. Ed spojrzał pytającym wzrokiem na Nicka. Kiwnął głową.
- Witaj, słońce – szepnął, podchodząc do dziewczyny. Obróciła się powoli i spojrzała na niego. Wykrzywiła usta i westchnęła cicho.
- Cześć, Ed – mruknęła, tuląc go do siebie. Nick nie mógł na to patrzeć.
- Będę już leciał, trzymajcie się. – Zamieszka w Hogwarcie, nie będzie się jej zwalał na głowę. A poza tym, niczego nie ustalali. Niech więc będzie tak, jak powinno być. Gdy miał już zamknąć za sobą drzwi, ktoś mu na to nie pozwolił.
- Tylko wróć na kolację, postaram się coś zrobić – powiedziała, uśmiechając się krzywo. W wyciągniętej ręce trzymała klucze do mieszkania. Gdy podszedł, by je od niej wziąć, szepnęła mu na ucho:
- Pojedź do Munga, wyjaśnij sprawę. Poproś o urlop. Jestem naiwna, wiem jak mnie traktował, ale nie umiem tak po prostu o tym zapomnieć. Boję się pomyśleć, ilu pacjentów straciłoby dziś życie... – uśmiechnął się niewyraźnie i pogładził jej włosy.
- Nie jesteś naiwna. Był twoim ojcem – odrzekł cicho, muskając oddechem jej ucho.
- Przynajmniej nie płaczę – zaśmiała się wymuszenie. W podpowiedzi pokiwał smętnie głową. Nie wytrzymała i pocałowała go w policzek. Odwrócił głowę, by na nią spojrzeć, ale Maddie wróciła już do pokoju. Na korytarzu stał Ed. Jakoś dziwnie zamroczony.
- Na razie! – krzyknął Nick, nie mogąc już powstrzymać szerokiego uśmiechu.
Och próżności, rujnujesz mi życie! Zawołał w myślach, podśpiewując melodię ulubionej piosenki i przemierzając zatłoczone ulice Hogsmeade.
W luźno wiszącej u jego boku torbie spoczywały najważniejsze dokumenty, których jeszcze nie zdążył przejrzeć. Musi to zrobić jak najszybciej. Jest poniedziałek, dziewiąta rano... Cóż, w Trzech Miotłach nie powinno być chyba tłoku.
Pchnął drewniane drzwi i wszedł do ciepłego pomieszczenia. Wzrok natychmiast wyłapał pusty stolik pod oknem – idealne miejsce dla niego. Zamówił kufel ciepłego, miodowego piwa i rozsiadł się wygodnie na krześle. Dobrze, co my tu mamy...
Wyciągnął na blat stołu plik kartek, paczuszek i kopert. Przyglądał się przez chwile w roztargnieniu całemu zamieszaniu i postanowił zajrzeć do kopert i paczek, które udostępnił mu wczoraj Dumbledore.
-Raz, dwa, trzy, cztery... – szeptał, starając się wyłowić z bałaganu wszystkie rzeczy oznaczone pieczęcią Hogwartu.
- Osiem – orzekł w końcu, uśmiechając się krzywo. Dobrze, co my tutaj mamy...
„Zaskakująco szybko przebiega nasza podróż, Dyrektorze. Jak na razie, odnaleźliśmy czarę Helgi Hufflepuff, ale pracujemy nad dalszymi horkruksami...” To pewnie z ich wyprawy! Pomyślał podekscytowany, zabierając się do dalszej lektury.
„... Wydaje mi się, że Harry nie czuje strachu przed ostateczną bitwą. Chodzi tylko zamyślony, mam nadzieję, że nie pozwoli sobie przestać wierzyć we własne możliwości. Wszyscy dobrze wiemy (a szczególnie ja, Ron i Pan), że stać go na wiele...” „Ja, Ron i Pan”? Więc chodzi o Hermionę? Podobno byli tylko we trójkę. A jeśli trójka, to tylko Potter, Granger i Wesley. Spojrzał na koniec i ujrzał tam podpis inny, niż się spodziewał.
Lizzy. Uśmiechnął się tajemniczo, wertując kolejny list.
„... Och, Dyrektorze! Zupełnie nie wiem, jak to powiedzieć, jak wyjaśnić... Zniszczyliśmy wszystkie horkruksy, Harry stoczył walkę z Voldemortem, ale...” w tym miejscu czcionka się urywała. Zaklął siarczyście i uderzył pięścią w stół. Madame Rossmery chrząknęła znacząco, dając mu do zrozumienia, że w jej lokalu nie toleruje się tego typu zachowań.
- Przepraszam – burknął zawiedziony. Jak to możliwe, że nie napisała nic więcej?! Jak zareagował na to Dumbledore? Dlaczego nikt mu o tym nie powiedział?! Co za niesprawiedliwość! Schował listy, otwierając następne.
„Sporządziliśmy coś na kształt jego charakterystyki, do nekrologu, który moglibyśmy odczytać zaraz po jego śmierci. Czego się spodziewałeś? Wszyscy wielcy szybko kończą, późno zaczynają. Trudno powiedzieć, jak było w przypadku Pottera i to przyznaje mu chyba największej chwały.” A któż to jest, ten człowiek? Zajrzał na koniec i dostrzegł podpis
„Oddany Ci, Isaac Bretwon”. „Urodzony 1981r., nie wiedział jeszcze, jak przysłuży się światu. Bohaterstwo i prawość cechowały go od najmłodszych lat...” Wytrzeszczył oczy i długo przyglądał się kartce, którą mimowolnie, zaczął miąć w dłoni. Zrobili mu nekrolog! Nekrolog! Nekrolog człowiekowi, który żyje! Ma przed sobą walkę stuleci, to prawda, ale nie poddaje się, nie ucieka przed nieuniknionym, nie daje za wygraną! Nekrolog! Nekrolog, ludzie, co za podłość!
A może... Może to nie był przedwczesny pokłon w jego stronę? Pomyślał, zbierając drżącymi rękami wszystkie papiery do torby. Pomysł, który przyszedł mu do głowy był straszny, nieprawdopodobny, ale... Był jedynym normalnym wyjściem. Po co mieliby się trudzić i pisać nekrolog? Żeby być przygotowanym na jego śmierć?
- Boże! – szepnął wstrząśnięty, biegiem przemierzając ulice Hogsmeade. – Przecież oni to napisali, żeby później bez ogródek móc go zabić! – spokoju nie dawała mu myśl o tym, że znalazł to wśród listów od Dumbledorea. To śmieszne, przecież dyrektor nie mógł być w to zamieszany... I nagle, przed oczami stanęła mu scena sprzed zaledwie paru godzin. Maddie, stojąca na progu mieszkania, szepcząca mu coś do ucha. Włożyła mu coś wtedy do kieszeni... Że też wcześniej się nie zorientował! Ale skąd ona, do cholery to miała? Przecież... Straciła ojca. „Zabili mi ojca”. Może „oni” już wiedzą, że się z nim kontaktuje? Może zginął, bo jego córka spotkała się z węszącym dziennikarzem?
- Nonsens! – nie zabrzmiało to zbyt przekonująco.
Nawet jeśli niepewność ma być ratunkiem, żaden z nas nie przyzna się, że zwątpił. Wtedy cały trud wydaje się nie mieć sensu. Żałosne przedsięwzięcie, to nasze sadzenie ziaren.
Życie.
„ Poległ w walce z odwiecznym wrogiem, Lordem Voldemortem. Przewaga czarnoksiężnika wydawała się przezwyciężać siły młodego czarodzieja, ale Potter się nie poddał i zniszczył moc, która mogła zawładnąć światem. Mimo wysiłku lekarzy ze św. Munga, Harry Potter nie przeżył walki z Czarnym Panem.”
komentarze [22]"Śmierć jest twarzą w bezruchu - jej artystyczną doskonałością" >> niedziela, 9 grudnia 2007 18:43:05
Jeju... Nie myślę już.
Otworzył jedno oko.
Widział dość niewyraźnie, obraz był zamazany. Mama zawsze ci powtarzała, kup sobie okulary, pomyślał uśmiechając się pod nosem. Louis zawsze w ten sposób przypominał mu o troskliwej mamuni, która każdego dnia dzwoniła, by Nick zdał jej relację z dzisiejszego dnia - choć zawsze najdłużej rozmawiała z jego współlokatorem.
Louis Creed był jego najlepszym przyjacielem, lecz Nick używał raczej zwrotu - brat. Po prostu. Byli jak rodzeństwo, tylko bez tych częstych kłótni. Creed całymi dniami siedział w kuchni, wymyślając co rusz nowe przepisy i wysyłając je do różnych miesięczników. Nick uwielbiał brata właśnie za podejście do życia i walkę o pasję.
Choć jemu też nie było łatwo. Kończąc Hogwart, nie zastanawiał się długo nad pracą - nie zamierzał marnować czasu na studia. Od razu poszedł do swojego dzisiejszego wydawcy, pokazując kilka artykułów i wywiadów. Peter najbardziej kochał w Nicku właśnie tę zdolność umiejętnego zapisywania własnych myśli, nie unikając przy tym trudnych pytań.
- Ech, proza życia - ziewnął przeciągle i z wysiłkiem otworzył drugie oko - równie zielone jak poprzednie. Szybkim ruchem ręki przeczesał czarną czuprynę, po czym przeciągnął się na krześle i syknął z bólu. Z grymasem zaczął masować obolałe ramie - oczywiście usnął przy czytaniu. Wstał i poszedł do łazienki. Siedział w wannie prawie godzinę, czekając aż gorąca woda stanie się zupełnie zimna. Wychodząc z pomieszczenia, miał już całkowicie obmyślany plan dnia. Louisa nie było w mieszkaniu, więc pewnie wyszedł na miasto, by kupić potrzebne mu składniki.
Uśmiechnął się mimowolnie, patrząc na zdjęcie jego mam, stojące na komodzie. Dziś trzydziestopięcioletniej kobiety sukcesu. Była mugolem, ale zupełnie mu to nie przeszkadzało. Pracowała w najlepszej kancelarii prawniczej w Londynie i wszyscy chcieli, by prowadziła ich sprawy. Najlepsza była przy rozwodach - zawsze wygrywały jej klientki. Oprócz tego pracowała po godzinach w pewnej fundacji, pomagając skrzywdzonym kobietom. Zajmowała się najczęściej przypadkami gwałtu i molestowania. Bardzo ją za to cenił. Kto by pomyślał? Drobna, średniego wzrostu szatynka, brązowooka. Piękna i silna. Ellizabeth Bennet.
Skrobnął kilka słów do Creeda, śmiejąc się na samą myśl o jego oburzeniu, gdy dowie się, że nie wróci na obiad. Ani na kolację.
Zamknął drzwi i teleportował się z cichym trzaskiem na dworzec. Co jak co, ale podróż Ekspresem nie może go ominąć!
Siedział w przedziale i zawzięcie skrobał coś w notatniku. Zamierzał porozmawiać ze wszystkimi nauczycielami Hogwartu i odnaleźć tych, którzy już tam nie uczyli. Zapisywał na kartce standardowe pytania: jakim był uczniem? Sprawiał kłopoty? A jego życie prywatne: przyjaciele, miłostki, przeżycia? Przyglądał się chwilę uważnie napisanymi przez niego słowami z jękiem irytacji wyrwał stronę i zmiął ją doszczętnie, jednym ruchem różdżki pozostawiając po niej tylko proch.
Zda się na chwilę.
Przeszedł przez Hogsmade, zatrzymując się w każdej znajomej mu knajpce. Najwięcej czasu spędził oczywiście w Trzech Miotłach - spotkał tam wielu uczniów Hogwartu - najwięcej oczywiście było Gryfonów. Rozglądając się po izbie, ze smutkiem stwierdził, że stolik pod oknem był zajęty przez zupełnie nieznane mu osoby. Powinien tam siedzieć on, wraz z Louisem i Edem, a pośrodku nich, jego cicha miłość - Maddie. Jakże on kochał każdy jej ruch, gest i spojrzenie tych zielono błękitnych oczu! Za każdym razem próbował odgadnąć ich rzeczywisty kolor - nie potrafił. Tak samo jak nie potrafił wyjawić jej swojego uczucia, nie umiał wyjaśnić...
Podszedł do lady i ze sztucznym uśmiechem zapłacił za napój.
Błonia to zdecydowanie najlepsze miejsce na rozwiązywanie problemów - nie uwłaczając oczywiście Zakazanemu Lasowi. Stanął nad jeziorem i wciągnął głęboko powietrze. Kochał to!
W Wielkiej Sali panował ogromny gwar - zupełnie jakby nigdy stąd nie wychodził. Uczniowie obrzucali się jedzeniem, żartowali, robili głupie miny, narzekali na nauczycieli... Nie mógł się nie uśmiechnąć widząc, jaką sprawiało to uciechę Albusowi Dumbledorowi. Przeszedł przez salę zupełnie niezauważony przez dzieciaków, lecz zbudził duże zainteresowanie w gronie pedagogicznym. Minerwa obrzuciła dziwnym, jakby ostrzegawczym spojrzeniem dyrektora. Dumbledor jednak podszedł do niego i przyglądał mu się w ciszy.
- Nic pan profesor nie powie? - zapytał, uśmiechając się krzywo. To sprowadziło dyrektora na ziemię.
- Ależ oczywiście, Nick! - rzucił, śmiejąc się. - Wyrosłeś.
- Tak, ale przychodzę w innej sprawie. Chodzi raczej o pana prymusa...
- Harry? - zapytał nagle, świdrując go spojrzeniem błękitnych oczu.
- Tak, on - chłopak kiwnął głową.
- Przejdźmy może do gabinetu, mój drogi. - Dopiero wtedy odprowadziły ich spojrzenia zebranych.
Korytarze były zupełnie puste - jak zwykle w czasie przerwy obiadowej. Ich kroki odbijały się głośnym echem od kamiennych murów. Nick z błogim uśmiechem przyglądał się każdemu zakamarkowi.
- Nic się tu nie zmieniło - szepnął cicho.
- Z tego słyniemy, panie Bennet - odpowiedział mu Albus, wyciągając z kieszeni szaty dropsy i częstując swojego byłego ucznia.
- Nie, dziękuję.
- A ja i owszem - mruknął do siebie, biorąc do ust miętusa. - Ale ogromna dziura w korytarzu Ślizgonów nadal promieniuje całym swoim majestatem - dodał, gdy stanęli na marmurowych schodach prowadzących do gabinetu dyrektora. Szczery śmiech wypełnił pomieszczenie.
Gdy usiedli, zapadła cisza. Nick przyglądał się z niemym zachwytem każdemu przedmiotowi. Podszedł nawet do okna, by zobaczyć czy widok z niego się nie zmienił.
- Nie lubisz zmian, co? - Zwlekał z odpowiedzią, podziwiając zachód słońca.
- Nie lubię niespodzianek - szepnął, wracając na miejsce. Dumbledor przyglądał mu się chwilę, gdy wreszcie przerwał milczenie:
- Jak ci się powodzi?
- Doskonale - odpowiedział niepewnie. - Jest tak, jak miało być - dodał, rozsiadając się wygodnie, a pogodny, choć nieco wymuszony uśmiech rozpromienił jego twarz. - Wysoki status w wydawnictwie, właśnie dostałem pierwszą stronę. Mam zgodę na wywiad.
- Myślałem, że jesteś bardziej niezależny - odezwał się, marszcząc brwi.
- Tak, ale na to przyjdzie czas, gdy wyrobie sobie renomę. - odpowiedział cicho. Jego bystry wzrok zatrzymał się na pustej klatce po słynnym ptaku dyrektora, Fawkesie.
- Co się stało? - zapytał cicho, nie spuszczając wzroku z żelaznych prętów przedmiotu.
- To inna historia - mruknął Albus. - Co cię sprowadza w nasze skromne progi? - zapytał nagle, uśmiechając się łagodnie.
- Och, mały wstęp do rozmowy z Potterem. Chcę przedstawić jego postać od osób trzecich, a później dopiero przejść do niego.
- Całkiem dobry pomysł - Dumbledor kiwnął z uznaniem głową. - Zaczynamy?
- Tak, oczywiście - samopiszące pióro zawisło nad ich głowami, przygotowane do długiej rozmowy. Nick wyciągnął pusty notatnik i uśmiechnął się. - Już.
Nick Bennet: Często zastanawiał się pan nad koniecznością szkolenia Harrego Pottera?
Albus Dumbledor: Harry był doskonałym uczniem. Zdolnym. Brakowało mu pilności i systematyczności, ale w tym pomagała mu najczęściej jego przyjaciółka (uśmiech). Widzi pan, najważniejszym czynnikiem jest dobra wola i talent - przynajmniej ja tak to widzę. Oczywiście ćwiczenia są niezbędne, ale w czym one pomogą, gdy stanie pan przed gotowym na wszystko Śmierciożercą, albo gorzej - gdy przyjdzie panu walczyć z Voldemortem?
N.B: Już nikt nie boi się tego imienia, to zasługa Pottera?
A.D.: Tak. Wielki udział oczywiście włożyli w pokonanie Toma wszyscy członkowie Zakonu Feniksa, ale zdaje sobie pan sprawę, że to on musiał zakończyć tę farsę. Od niego zależało, czy wreszcie z tym skończymy. Udowodnił potęgę dobra.
N.B.: No właśnie, dobro. Tak trudno utrzymywać się w granicach tego pojęcia, jak pan to widział u Harrego?
A.D.: Ależ proszę sobie nie żartować! Czy bycie dobrym człowiekiem zależy od tego, czy sami siebie posadzimy w konkretnej przegródce życia? Nie można trzymać się schematu i powielać znanych już historii. Życie uczy nas kreatywności, a ona - pokory.
Jeśli my sami zamkniemy się w czterech ścianach "dobra", co stanie się z naszymi klęskami, lękiem i dwulicowością? Żeby być wojownikiem, trzeba przegrać walkę swego życia. By zostać bohaterem, należy się bać. A dwulicowość to jedynie faza uczciwości!
W Harrym najlepsze jest to, że on był otwarty na wszystko. I tym pokonał Voldemorta. Bo on zamknął się w ograniczonym "złu".
N.B: Słynie pan z zaufania do ludzi, czasem niemal naiwności. Czy mógł pan czegoś nauczyć złotego-chłopca?
A.D: Naiwności? (śmiech). Tak, z pewnością nauczyłem go właśnie tego.
N.B: Dziękuję za rozmowę.
A.D: Również dziękuję.
- Nick? - usłyszał, gdy już miał wychodzić. Odwrócił się.
- Tak?
- Jeśli go znajdziesz... Powiedz, że na niego czekam - szepnął cicho.
- Oczywiście. Ale nie chciałby pan od razu jego adresu? - zapytał zdziwiony.
- Niech to będzie jego wizyta.
Zatrzymał się na noc w Dziurawym Kotle. Jutro musi porozmawiać z resztą nauczycieli.
Gdy schodził po schodach na dół, by napić się czegoś mocnego, zauważył przy stoliku pewnego mężczyznę. Omal nie spadł ze schodów. Zdołał jednak zrzucić wiszący na ścianie obrazek, robiąc tym ogromny hałas. Jak na złość, obiekt jego zainteresowania nawet na niego nie spojrzał.
- Przepraszam - mruknął do sprzedawcy, gdy ten spojrzał na niego krzywo. Naprawił rysunek jednym ruchem różdżki i powiesił z powrotem na ścianie. Chwilę mu się przyglądał. Rysunek bez wątpienia węglem, przedstawiał wilka wyjącego do księżyca. Zszedł ze schodów i dosiadł się do ubranego na czarno mężczyzny.
- Profesorze? - zapytał cicho, trącając jego łokieć.
- Czego? - burknął.
- Pamięta mnie pan? Jestem Nick Bennet, pana uczeń. - Snape wyjątkowo szybko otrzeźwiał i spojrzał na niego lodowatym wzrokiem.
- Nigdy bym cię nie zapomniał, ty marna reprodukcjo Pottera - mruknął, uśmiechając się obleśnie.
- Słucham? - niemal krzyknął, zdezorientowany.
- Wiesz czemu tak bardzo cię nienawidzę? - Nie odpowiedział. Severus zaśmiał się ochryple. - Bo wyglądasz jak tamten gówniarz. Tak samo zuchwały, pewny siebie smarkacz. A w głowie bagno! Żadnej informacji.
- Mówi pan tak tylko dlatego, że nie potrafiłem sporządzić veritaserum?!
- To potrafi nawet dziecko! - wrzasnął, wstając. Nick również zerwał się z miejsca.
- Szkoda więc, że tylko mnie kazał pan to zrobić, a swoją pustą bandę zostawił w spokoju! - szepnął, nachylając się w jego stronę - A poza tym, byłem w siódmej klasie. Z tego co mi wiadomo, veritaserum, to poziom czwartego roku studiów?
- Udowodniłeś więc swoją tępotę, Bennet. - Profesor obrzucił go jeszcze jednym, zimnym spojrzeniem i wyszedł z lokalu, trzaskając drzwiami. Nick nabrał głęboko powietrza, policzył do dziesięciu. Musiał się uspokoić! Potrzebna mu opinia tego idioty, mimo że spodziewał się przebiegu rozmowy. "Potter to gówniarz, idiota i zaszczuta szumowina!". Westchnął i wybiegł z Dziurawego Kotła.
Dogonił go dość szybko.
- Profesorze! - krzyknął, stając naprzeciw niego.
- Jeszcze ci mało? - syknął.
- Oczywiście, że tak - odpowiedział ze słodkim uśmiechem. - Robię wywiad. O Harrym Potterze. - Zimny śmiech rozniósł się echem w jego głowie.
- O tym żałosnym tchórzu? Tym, tym... - grymas wściekłości wykrzywił jego twarz.
- Tak, o nim. - Snape milczał.
- Pytaj - burknął nagle, ruszając przed siebie szybkim krokiem.
Nick Bennet: Czy uczestniczył pan przy ostatecznej bitwie?
Severus Snape: Oczywiście.
N.B: Po czyjej stronie?
S.S: Pyta pan o Pottera, czy o mnie?
N.B: Muszę znać pana stosunek do sprawy.
S.S: Tak, z pewnością.
- Nie mógłby pan tak z łaski swojej współpracować?! - zapytał, czerwony z oburzenia.
- Ależ oczywiście - odrzekł, uśmiechając się krzywo.
S.S: Walczyłem białą magią w tamtej bitwie.
N.B: Dobrze. Czy mógłby pan obiektywnie określić postawę Harrego Pottera?
S.S: Z tego jak się zachowywał w czasach, gdy miałem z nim styczność, zrozumiałem bardzo wiele. Potter jest osobą zawziętą i upartą - czasem po prostu głupią. Szczęśliwie zakochany w swojej najlepszej przyjaciółce - o czym oczywiście nie wiedział - szukał pocieszenia w ramionach Wesleyówny. Nie sądzę, by mu się udało. Był bardzo sentymentalny - to idiotyczne. Przywiązywać się do ludzi w czasie wojny? Tylko on mógł na to wpaść!
N.B: Wie pan dlaczego nie utrzymuje teraz z nikim kontaktu?
S.S: Tak, oczywiście. Codziennie go odwiedzam i niańczę, pytając o samopoczucie.
Nienawidził tego wstrętnego typa, a on zawsze potrafił go zszokować. Jak tu zadać kolejne pytanie?!
Zaklął siarczyście i odwróciwszy się na pięcie, wrócił do Dziurawego Kotła.
komentarze [18]Rozdział I >> poniedziałek, 26 listopada 2007 21:05:22
Nie mogłam się powstrzymać... Ta historia siedzi we mnie.
- Nick, wstawaj - szepnął cicho, potrząsając śpiącym chłopakiem. Odpowiedział mu niewyraźny bełkot.
- Nick, no! - powiedział po chwili, lekko poddenerwowany. Chłopak ani dgrnął.
- Wstawaj! - ryknął m do ucha.
- Czego chcesz? - mruknął, zakrywając się poduszką.
- Jest dziesiąta i pomyślałem, że...
- CO?!
- No dziesiąta i...
- Ożesz! - szepnął, zrywając się z łóżka. Przywołał do siebie jakieś ubranie, po czym w tempie natychmiastowym, założył je na siebie. Wziął swoją torbę, wpakował niezbędne tony notatek i pomknął do kuchni. Porwał kawałek chleba, chwycił w usta, założył buty i wybiegł z domu.
- Powodzenia! - krzyknął Louis, przyglądając się z niemym rozbawieniem zamkniętym drzwiom. - Będzie ci potrzebne, bracie... - szepnął, po czym wrócił do robienia sobie śniadania.
Gmach Ministerstwa – jak on nienawidził tych nadętych twarzy, „miłościwie nam panujących”! Mimo to, przekroczył jego próg ze sztucznym uśmiechem przylepionym do ust – jak grać, to profesjonalnie. Zawsze chciał uchodzić za specjalistę. Amatorstwo? Zabawa dla mięczaków. Odpowiedzialność, zasadniczość – bo przecież nikt nie musi wiedzieć, jaki jest naprawdę.
Windą na trzecie piętro, drugim korytarzem w prawo, później ostatnie drzwi po lewej. Miał tam spotkać swojego wydawcę, który dziś udziela kilka wywiadów, w gabinecie swojego przyjaciela. Jakaś koleżeńska przysługa, czy co... Nieważne.
Biegiem przemierzył odległość dzielącą go od gabinetu – musi się jak najszybciej zjawić, umówili się o dziesiątej dwadzieścia.
- Cholera... – burknął, gdy naciskając na klamkę, napotkał opór. Gdzie ten idiota, na Merlina?!, pomyślał zdenerwowany. Przecież musi wiedzieć, czy wreszcie dostał pierwszą stronę, czy może się popisać swoim wymarzonym wywiadem, ile będzie miał na to czasu... Szczegóły, Peter, szczególiki, myślał gorączkowo, chodząc korytarzem w tę i z powrotem, wyczekując przybycia szefa.
Po paru chwilach doszedł go stłumiony śmiech i szybkie kroki. Zza rogu wyłonił się wysoki, szczupły blondyn o brązowych oczach, w towarzystwie rozdekoltowanej asystentki. Nick prychnął z pogardą, mierząc ją wzrokiem.
- Ach, Nick... – przywitał się ze swoim pracownikiem Peter Dreckens, prezes wydawnictwa „Więksi od Merlina” – wyrafinowanego miesięcznika, który wydaje artykuły o autorytetach tego stulecia – ogólnie Dreckens uznawany jest za wizjonera i Nick bardzo go za to szanował.
- Tak, jestem. Słuchaj, przyszedłem się dowiedzieć, jak wypadły moje artykuły i czy doczekałem się, no wiesz... – uśmiechnął się niepewnie. Prezes tylko szepnął coś do kobiety, która nadal przy nim stała, a gdy oddaliła się na bezpieczną odległość, otworzył drzwi gabinetu i zaprosił chłopaka do środka. Zajęli miejsca po przeciwnych stronach biurka.
- Przepraszam cię za bałagan, ale to biuro mojego kumpla, a on nie bardzo lubi sprzątać, jak widzisz... – uśmiechnął się, lecz Nick tylko mruknął coś niezrozumiale, nie mogąc doczekać się rezultatów swojej pracy. Peter dostrzegł jego zdenerwowanie, lecz postanowił trochę pomęczyć najzdolniejszego dziennikarza, jakiego kiedykolwiek znał. Usiadł więc wygodnie w fotelu i przyjrzał się niecierpliwemu osobnikowi.
- Czego ode mnie oczekujesz? – zapytał tak nagle, że Nick aż podskoczył.
- Czego oczekuję? – powtórzył za nim niepewnie. – Od ciebie?
- No tak – dziwne, świdrujące spojrzenie szefa nie dawało mu spokoju. Do cholery, po co mu to?!
- Dobrze wiesz, że pierwszej strony. I pozwolenia... – Dreckens uniósł brwi, nadal uważnie przyglądając się chłopakowi. – No tak, pozwolenia... Na wywiad – to wszystko. Nic więcej mu nie powie. Albo dostanie tę cholerną stronę, albo odchodzi z tej niewdzięcznej roboty. Pogodny śmiech wypełnił pomieszczenie.
- Jesteś najmłodszym, najzdolniejszym, najlepiej rokującym... – zaczął, po czym znów się roześmiał, wywołując u Nicka uśmiech ogromnej ulgi. – Moje ty naj! – krzyknął, wstając i klepiąc z uznaniem pracownika po ramieniu. – Czytelnicy są zachwyceni, a dobrze wiesz, że trudno zrobić dobry artykuł o samym Dumbledorze. Nasi fani, to grube ryby, intelektualiści, oczytani i wykształceni. Trudno ich zadowolić, wiesz o tym doskonale. Udało ci się, Nick! Masz tę pierwszą stronę. – nie wierzył. Zaraz, naprawdę? MA?! Wyskoczył nagle w górę i zanosząc się śmiechem, zaczął tulić do siebie Petera.
- Mam! Mam! Nie wierzę, naprawdę?! – powtarzał co chwila, wybuchając niemal histerycznym śmiechem.
- Uspokój się, mój literacie – powiedział Dreckens, siadając znów na miejsce.
- To tylko ulga, Pet, ulga... – szeroki uśmiech rozpromienił jego twarz.
- Jestem z ciebie dumny. Ile ty masz w sumie lat?
- Osiemnaście – odrzekł, myślami będąc już daleko. – W marcu będzie skończone – dodał szybko.
- Dobrze, dobrze – mruknął tylko Peter, pisząc coś zawzięcie. – Proszę – wręczył mu po chwili zapisaną kartkę papieru.
- Co to?
- Twoje pozwolenie.
- Co mam z nim zrobić? – zapytał nieprzytomnie.
- Zachować na pamiątkę. – odrzekł z uśmiechem. – Masz pierwszą stronę. Długość wywiadu zależy jak najbardziej od ciebie, obiekt - oczywiście również... Masz miesiąc.
- Co? Miesiąc?
- Coś nie tak? – zapytał Dreckens, marszcząc brwi.
- Nie, tylko... Nie wiem, czy się wyrobię...
- Ach, tak... – szepnął, przyglądając mu się uparcie, jakby chciał odgadnąć jego myśli. – Masz dwa.
- Może się uda... – westchnął zrezygnowany.
- Musi. A z kim?
- Z największą tajemnicą na świecie! – krzyknął przez ramię, wychodząc z gabinetu.
Mijając korytarze, ludzie spoglądali na niego podejrzliwie.
Młody, myśleli, nie zna się. Stąd ten uśmiech, rozmarzony wzrok.
Ale on dostał to, o czym tak bardzo marzył. Od zawsze. Ma swoje pięć minut.
Z NIM.
- Louis, mam! – wrzasnął, wchodząc do mieszkania. Niemal nie upuścił stosu trzymanych przez siebie materiałów, wywiadów i informacji, gdy potknął się o buty swojego brata, zostawione na samym środku przedpokoju. – Pomóż mi, no! – krzyknął, rozpaczliwie łapiąc, umykające kartki papieru.
- Idę, idę! – z kuchni wyłonił się wysoki, rudowłosy chłopak i uśmiechając się wesoło, poprawiał fartuch, którym się przepasał. Wyciągnął z kieszeni spodni różdżkę i machnął nią od niechcenia, uwalniając zmordowanego chłopaka od ciężaru. Kartki ułożył na stole, a gdy tylko Nick ściągnął kurtkę i buty, podbiegł do brata, przytulając go mocno.
- Mam, słyszysz? – wrzasnął mu do ucha, na co Louis roześmiał się szczerze i poklepał go po plecach.
- Brawo! – powiedział, po czym spytał, brodą wskazując na wszystkie kartki leżące na blacie. – Co to?
- No jak to! – zawołał chłopak z oburzeniem. – Notatki!
- Mhm – mruknął Louis, idąc za bratem w stronę salonu. Gdy usiedli przy stole i przeglądali zapiski, przyglądał mu się uważnie. Chyba nigdy nie zachowywał się tak, jak teraz. Roześmiane zielone oczy, rozwiana czarna czupryna i ten uśmiech...
- O kim to będzie? – zapytał cicho. Nick na początku w ogóle go nie usłyszał. Rozmarzony zagłębiał się w notatki, próbując rozszyfrować czasem nieczytelne pismo. Louis jednak niewzruszenie powtarzał pytanie, aż w końcu, trzepnął brata w ramię.
- Co? Ach, już... – szepnął.
- No, o kim?! – spojrzał na niego dziwnym wzrokiem.
- A o kim mógłbym? – O nie... Jak mógł na o nie wpaść? Jego szalony brat zrobi wywiad z najbardziej zagadkową postacią stulecia. Już miał mu wygarnąć, chciał przywołać do rozsądku...
Nie mógł. Wstał z miejsca i ruszył do kuchni.
- Ten człowiek to legenda. Nie schrzań tego – szepnął przez ramię, znikając w innym pomieszczeniu.
Nick go nie słuchał. Był już gdzie indziej. Człowiek, z którym będzie rozmawiał, jeszcze nigdy nie udzielił wywiadu. Nigdy nie potrafił się zdefiniować, opisać własnej historii... Zniknął przed osiemnastoma laty, zaraz po wiekopomnej walce z Voldemortem.
Nicka zbyt bardzo intrygował powód ucieczki, by mógł o niego nie pytać...
Będzie mówił z Harrym Potterem.
komentarze [19]Prolog. >> niedziela, 25 listopada 2007 20:36:45
- Czy wie pan jakie to uczucie, gdy jedna historia zawładnie całym naszym życiem? Gdy wszystkie brudy z tamtych lat, chowamy gdzieś na dnie pamięci - nieświadomi, że skazujemy się na przerażającą klęskę. Nie ma wtedy krótkiej piłki... Gdy pojawiają się dwie możliwości, nie ma mowy o wyborze - to dylemat. Cały byt, wszystkie wspomnienia... I nagle jedna, wielka plama. Czarna, bezkształtna... Kim jestem? Wie pan, jak to jest zapomnieć o własnym istnieniu? Cisza to katorga, lecz zamęt to śmierć. Maska zapomnienia, to kiepski wybór. Proszę na mnie spojrzeć. Kogo pan widzi? Mam to cholerne lustro. Wisi tam, w przedpokoju. Co mi po nim?
- Nie chodzi o lustro, tylko o historię.
- Historia... Chce pan wiedzieć jak to było wtedy, gdy nie potrafiłem się pozbierać? Mam wyjawić wszystkie lęki, pragnienia, porażki? A może sam pan spróbuje to odgadnąć? Niech ta opowieść będzie szczera, ale bez wymuszeń. Przyjdzie czas...
- Słucham.
komentarze [5]